Boniecki zakazany

Drukuj

Decyzją swoich przełożonych, ks. Adam Boniecki został ponownie uciszony. Pierwszy zakaz wypowiadania się poza łamami „Tygodnika Powszechnego” został temu duchownemu wydany na wiele lat. Po kilku miesiącach „amnestii” kara została ponownie nałożona. Zważywszy zwłaszcza na wiek ks. Bonieckiego, na uciekający czas, w którym mógłby on nam coś powiedzieć, kara taka jest czystym okrucieństwem.

Nie mam zamiaru spierać się z samą zasadą, która pozwala przełożonym w stanie duchownym zakazywać podwładnym wypowiadania się. To najbardziej oczywiste pogwałcenie wolności słowa z możliwych, ale osoby wstępujące w stan kapłański są tej zasady świadome. Inną sprawą jest pytanie, na ile dwudziestoparoletni chłopak powinien być zmuszany do dożywotniego postawienia się przed alternatywą pomiędzy brakiem wolności słowa a wydaleniem z kapłaństwa, gdy nie jest przecież w stanie wówczas ocenić, jak ewoluować będzie zarówno Kościół, jak i jego ocena tejże instytucji w perspektywie wielu lat. Owszem, Kościół chroni się w ten sposób dość skutecznie przed awanturnikami. Gdy jednak sam zbacza z właściwej drogi, pozbawia się ważnego źródła przestrogi i wezwania do autorefleksji. Przestroga i napomnienie są zaś akurat polskiemu, rozpolitykowanemu Kościołowi potrzebne permanentnie od wielu lat.

W historii ks. Bonieckiego najgorsze jest to, że kary, jakie go spotkały, nie wynikają z tego, co głosi ich faryzejskie uzasadnienie. Słowa księdza nie są niezgodne z nauczaniem Kościoła. Owszem, nie są one może zdatne dla tych wiernych, dla których wiara polega wyłącznie na klepaniu pacierza, słuchaniu proboszcza i unikaniu jakiejkolwiek głębszej refleksji o naturze relacji człowieka z Bogiem, a każde „ale” wprowadza w rozdygotanie i zwątpienie. Jednak dla wiernych potrzebujących intelektualnej płaszczyzny dla swojej wiary są one na wagę złota. I jako takie, nigdy nie odwiodły od Boga żadnego, słuchającego ich w dobrej wierze człowieka.

Sugerowanie niezgodności z nauczaniem Kościoła jest marną przykrywką dla prawdziwego powodu prześladowania ks. Bonieckiego. Tym powodem jest naturalnie polityka. Ksiądz jest przedmiotem represji, ponieważ nie ukrywa w swoich wystąpieniach tego, że należy do mniejszości kapłanów niepopierających obecnie rządzącej Polską partii. Tymczasem jego przełożeni, ludzie zdolni zakazać mu wypowiedzi, są jej zwolennikami. Podejmują zatem decyzję polityczną i okrutną, nie dla dobra wiernych i Kościoła, ale dla dobra partii rządzącej i swoich relacji ze świecką władzą.

Przez lata ks. Tadeusz Rydzyk, jeden z czołowych kapłanów o intensywnie uzewnętrznianych, proprawicowych sympatiach, dopuścił się szeregu skandalicznych wypowiedzi. Przez lata jego media znane były choćby z komunikowania treści antysemickich. Żadne z działań Episkopatu nie doprowadziły jednak nawet do sugestii ukarania go poprzez zakaz wypowiedzi.

Można przejść nad tym do porządku dziennego. Po krótce orzec, że Kościół w Polsce jest organizacją prawicową i takie polityczne przekonanie stanowi jedno z kryteriów rekrutacji osób duchownych, a może nawet wiernych. Pytanie jednak brzmi, na ile taki Kościół może realizować misję ewangelizacyjną w politycznie podzielonym społeczeństwie? Wiara w Pana Boga nie ma barw partyjnych, ani światopoglądowych. Duża część społecznego nauczania Kościoła wynika z ludzkich interpretacji Pisma, które bywają błędne, albo są zakładnikiem czasów, w których powstały. Zamykanie się w hermetycznym środowisku politycznego zglajchszachtowania przeczy idei Kościoła i powoduje, ze staje się on na własne życzenie niezdolny do realizacji Bożego planu wobec człowieka. Wraz z zamknięciem ust ks. Bonieckiemu, wielu polskich katolików ma poczucie, że pokazano im drzwi.

Czytaj również
  • Tadeusz Woś

    Niektórzy księża powinni czytać Pismo Święte – i próbować coś z Niego zrozumieć