Choroba nie palma

Drukuj

Wczoraj gruchnęła wieść o nowym utrudnieniu życia, które szykują nam brukselscy biurokraci. Tym razem pada pomysł, aby ograniczyć uprawnienie pracownika do urlopu wypoczynkowego, w przypadku gdy ten spędza jakąś część czasu pracy w roku na zwolnieniu chorobowym. Ze strony lewicy, związków zawodowych i różnego rodzaju innych „konsumentów uprawnień socjalnych”, a także tabloidów, posypały się gromy w kierunku centrali UE. Nawet Eska Rock w swojej wersji „Rozmów niedokończonych”, czyli w popołudniowym programie „Radar” (gdzie zwykle bardzo dobre kawałki rockowej muzyki przeplatane są amatorskimi najczęściej wynurzeniami telefonujących słuchaczy na temat np. polityki ekonomicznej rządu Tuska), podjęła ten temat. Natomiast dziś rano entuzjazm wobec idei wyraził red. Jan Wróbel komentując poranną prasę w TOK FM.


W dobie kryzysu i cięcia kosztów gdzie się da (to ostatnie nie dotyczy Polski, gdzie rząd sięga po „rezerwy” w rozumieniu pieniędzy obywateli na ich kontach emerytalnych, co uszczęśliwia, głównie sam rząd, „tu i teraz”) w istocie każdy sposób na oszczędności jest dobry. Rzeczywiście jest tak, że postrzegający wszelaki socjal w charakterze reduty Ordona ludzie zasadniczo nie mają racji, odrzucając tą propozycję. Jeśli ktoś na zwolnieniu przebywa np. 3/4 roku, niekoniecznie potrzebuje oderwać się od pracy na kolejne 3 tygodnie, szczególnie w czasach, gdy dług wszystkich przygniata, a firmy padają jak muchy.


Tzw. diabeł tkwi jednak w szczegółach. I tak z ust nieocenionego red. Wróbla usłyszałem dziś, że przelicznik dni chorobowego na dni urlopu miałby wyglądać jak 2:1. I tutaj, nawet ja, paskudny, zimny i do szpiku kości dogmatyczny balcerowiczowski neoliberał, mówię nieśmiało „hola!”. Jak to 2:1? Taki przelicznik oznaczałby utratę jednego dnia urlopu za każde dwa dni na zwolnieniu chorobowym. Czyli osoba, która zachorowała np. na anginę i przez 2 tygodnie leżała w łóżku z 39 st. i z trudem przełykała kisiel, o mówieniu nie wspominając, traciłaby z tego tytułu 5 dni, czyli tydzień urlopu. Nie trzeba wierzyć w tego rodzaju bzdury jak „sprawiedliwość społeczna”, aby stwierdzić tutaj szachrajstwo.


Rachunek jest prosty. Weźmy Polskę. W naszym kraju w 2010 roku było 253 dni roboczych. Z tego przysługiwało 26 dni płatnego urlopu (pomijając osoby z niższym roszczeniem urlopowym ze względu na krótki staż pracy, ale ich propozycja 2:1 krzywdzi jeszcze bardziej). Autor tego wpisu, osoba z humanistycznym wykształceniem, dziękuje w tym momencie za to, że te liczby są takie, a nie inne, gdyż rzeczywiście umożliwiają bardzo proste rachowanie. Jeden dzień urlopu przypada niemalże na 10 dni roboczych. Innymi słowy, pracując 10 dni wypracowujemy sobie uprawnienie do 1 dnia wolnego. Skoro tak, to z jakiej racji mamy tracić to uprawnienie już z powodu uwarunkowanej chorobą nieobecności w pracy przez 2 dni?!


Naturalnie można przyjąć, że w ogóle uprawnienie do płatnego urlopu jest bezzasadne. Biorąc pod uwagę czynniki czysto ekonomiczne, tak jest w istocie. Uwzględniając jednak inne czynniki, wypoczynek pracownika generuje większą średnią wydajność oraz zadowolenie i motywację do pracy. Trudno to naturalnie wyrazić w liczbach, ale większość analityków stoi na stanowisku, że aspekt ten decyduje o opłacalności płatnego urlopu z punktu widzenia pracodawcy. Skoro urlop ma być wypoczynkiem, to przebywanie na chorobowym nie może urlopu zastąpić, gdyż zmaganie się ze wspomnianą anginą nie przypomina balowania pod palmami, ani nawet sadzenia rzodkiewki na działce pod miastem. Jeśli przyjęliśmy zaś taki wymiar rocznego urlopu, to jest to jednoznaczne zobowiązanie. 1 dzień wolny wypracowujemy sobie pracując prawie przez 10 dni. Tak więc powinniśmy go tracić wtedy, gdy nie ma nas w pracy przez 10, ewentualnie 9 dni. To byłoby uczciwe. Wszystko ponad to jest rozbojem w biały dzień i ukrytą redukcją wymiaru urlopu. Jeśli przedsiębiorcy w krajach UE tego chcą, to niech z tym postulatem wystąpią otwarcie, zamiast kuglować na koszt chorowitych nieszczęśliwców. To tym bardziej niewskazane, gdyż mniej wypoczynku będą mieli podatni na choroby, a więc ci, którzy go bardziej potrzebują.

Czytaj również