Co ma Mucha na myśli

Drukuj

W minionym tygodniu w kłopoty wpakowała się sympatyczna i unikatowo kompetentna posłanka Joanna Mucha z PO. Problemem, który może ją nawet kosztować pierwsze miejsce na liście partii w Lublinie, okazał się wywiad udzielony i opublikowany w partyjnym biuletynie gazetkowym, a więc w ostatnim miejscu, w którym polityk powinien spodziewać się kłopotów. Posłanka Mucha podjęła tam kontrowersyjny i chętnie w Polsce przemilczany, a nie mniej realnie obecny (czego z Wiejskiej nie bardzo widać) problem, związany z leczeniem osób chorych w bardzo podeszłym wieku, szczególnie leczeniem za pomocą kosztownych metod, leków i materiałów. W sytuacji ograniczonych środków w kasach NFZ, czy tego chcemy czy nie, decydentom w szpitalach, klinikach i oddziałach, pewnie każdego dnia, nasuwa się pytanie czy „warto” wydać dużą sumę pieniędzy na leczenie człowieka liczącego sobie 85 lat, skoro odzyskanym zdrowiem przestanie się on rychło cieszyć z przyczyn najzupełniej naturalnych. Gdyby pieniędzy na polską służbę zdrowia starczało wszystkim i na wszystko, tego rodzaju dylemat by nie istniał. W kraju, gdzie zdarzają się jednak historie 5-, 20- czy 40-latków pozbawianych szans na ratującą życie kurację z przyczyn finansowych, dylemat ten jest realny. Dlatego zamiatanie tej sprawy pod dywan i udawanie tzw. Greka, co polscy politycy z tym fantem czynią od lat, specjalnie mądre nie jest.


Z tego powodu na szczerą pochwałę zasługuje odwaga posłanki Muchy, która wyciągnęła (przepraszam za ten nomen omen) trupa z szafy. Problem jednak w tym, że w wydrukowanej wersji wywiadu – tak twierdzi – postawa przez nią krytykowana i odrzucana (czyli „ludzi starych nie warto drogo leczyć”) została przypisana jej poglądom przez niefortunne sformułowanie udzielonej wypowiedzi. Jeśli tak, to pani poseł zasługuje na krytykę za niefrasobliwość przy autoryzacji wywiadu (która w przypadku partyjnego biuletyniku polega zapewne na rzuceniu „ok” przez telefon jakiemuś partyjnemu nosicielowi teczek, który ma w przydziale zadanie majstrowania nad takimi publikacjami). Jestem skłonny dać pani poseł wiarę, że pogląd o niższej zasadności leczenia człowieka starego, a więc dyskryminacja ze względu na wiek, jest jej obcy, ponieważ nie pasowałby do jej pozostałych poglądów. Co za tym idzie, jestem skłonny dać wiarę, że sformułowania w wydrukowanej wersji wywiadu są błędem, a to z kolei dlatego, że znamy wszyscy poziom umiejętności w zakresie stosowania języka polskiego przez świat polskiej polityki i doprawdy nie mamy podstaw wierzyć, że asystenci posłów są tutaj lepsi od nich samych. Nie mniej jednak: mleko się rozlało.



A w roku wyborczym sępy są czujne i zawsze nieopodal. Tak więc rzuciły się „spinować” temat na niekorzyść posłanki Muchy i jej partii, która zapewne na tej kanwie zostanie kilka razy w kampanii obarczona zarzutem posiadania drygu do krzywdzenia seniorów, wiadomo: w większości wyborców jej politycznego przeciwnika numer 1. Od kilku lat wiemy bowiem, że w polskiej polityce zarzut pod adresem przeciwnika, iż dąży on do eksterminacji konkurencji, to tzw. „pikuś”. W roli pisowskiego spin doktora spróbował się w tym przypadku poseł Mariusz Błaszczak i w roli tej się zapędził na pustkowie pomylenia pojęć i absurdalnych wniosków.

Nawet założywszy, że Mucha chce oszczędności na leczeniu osób starszych, w żadnym razie nie można jej, co zrobił Błaszczak, przypisywać sympatii wobec „usankcjonowania eutanazji”. Eutanazja, tak jak termin ten rozumie się we współczesnym świecie medycyny i etyki, to czynność polegająca na przerwaniu życia pacjenta terminalnie chorego w zaawansowanym stadium choroby, w sytuacji związanych z tym cierpień oraz, co najistotniejsze, na jego indywidualne, własne i osobiste życzenie. Może ona mieć formę zaprzestania uporczywej terapii (w tej formie jest, w niektórych okolicznościach, dopuszczana nawet przez kościół) lub przyspieszenia nieuniknionego procesu poprzez podanie uśmiercającej substancji. Rezygnacja z leczenia człowieka, którego można, pomimo wieku np. 90 lat, całkowicie wyleczyć z danej choroby i który chciałby być zdrowy, to żadna eutanazja, to o wiele gorzej.


W tym kontekście propozycja dla posła Błaszczaka. Zamiast iść na ultrałatwiznę i próbował utłuc kilka punktów skarżąc posłankę Muchę do komisji etyki, może warto w końcu podjąć publicznie tą trudną debatę? Jak zachowywać się w przypadku najtrudniejszych dylematów na styku etyki medycznej i problematyki metod finansowania zabiegów w publicznej służbie zdrowia? Trzeba wyjść poza opłotki głupkowatego politykierstwa i pochylić się nad problemami i obawami żywionymi przez wielu starych i młodych w realnym świecie dzisiejszej Polski, z którym, jak widać, Sejm ma coraz słabszą styczność.

Czytaj również