Dlaczego bojkot

Drukuj

Referendum zrodzone z szoku I tury wyborów prezydenckich. Zanim myśli sztabowców prezydenta Bronisława Komorowskiego nie pomknęły w kierunku „spacerów po Warszawie”, wygenerowały one pomysł jeszcze mniej szczęśliwy, owo referendum.

Na początku września naród głosujący będzie miał okazję po raz czwarty z pięciu prób w ciągu 18 miesięcy oddać się ćwiczeniom ze stawiania krzyżyka w kratce. Tych „świąt demokracji” zafundowaliśmy sobie w tak krótkim czasie tyle, że brzuchy już bolą, wkrótce wypadną nam zęby, a kilkuletnia dieta, niewykluczone że przymusowa, będzie jedynym widocznym skutkiem naszych wysiłków. Przy takim natłoku imprez demokracji warto zastanowić się jednak nad tym, czy nawet jako obywatel świadomy, poważnie traktujący swój obowiązek świętowania, nie należy sobie jednej imprezy odpuścić. Dla własnej i zbiorowej higieny. Właśnie owo wrześniowe głosowanie mam na myśli.

Referendum zrodzone z szoku I tury wyborów prezydenckich. Zanim myśli sztabowców prezydenta Bronisława Komorowskiego nie pomknęły w kierunku „spacerów po Warszawie”, wygenerowały one pomysł jeszcze mniej szczęśliwy, owo referendum. Mamy odpowiedzieć w nim na trzy pytania. Dwa z nich są bardzo sympatyczne i na pewno można by na nie radośnie odpowiedzieć, zwłaszcza że są one niemalże retoryczne. Pytają nas bowiem, po pierwsze, czy chcemy mieć mniej kasy w sytuacji wystąpienia problemów z interpretacją przepisów podatkowych czy wolelibyśmy, aby w takiej sytuacji tej kasy miał mniej fiskus. To jasne jak Słońce dla wszystkich poza Jackiem Żakowskim i Rafałem Wosiem, mamy więc 99,999999999999% zgodności odpowiedzi. Po drugie, pytają nas, czy chcemy, aby partie tych ukochanych przez nas polityków dostawały kasę z budżetu czy aby figę z makiem dostawały. Tutaj jakieś 10% z nas pomyśli, że jak biznes te partie będzie finansował, to będą nas miały jeszcze bardziej w nosie niż teraz, kolejne 15% usłyszy, że Prezes jest na „nie”, zatem jakieś 75% z nas zagłosuje za zabraniem kasy budżetowej partiom, bo tak właśnie je lubimy. To jest jasne.

Ale w referendum będzie jeszcze jedno pytanie, awizowane jako pierwsze w kolejności. Odnosi się ono do ordynacji wyborczej do Sejmu i zakłada wprowadzenie tzw. JOWów w miejsce proporcjonalnego obsadzania Sejmu w sposób zgodny z rozkładem poglądów obywateli. Z tym pytaniem problem jest dwojaki. Pierwszy problem, mniejsze piwo. Mniejsze piwo jest takie, że dzięki propagandzie pewnego muzyka o zerowym pojęciu o teorii polityki, przyjęto uważać, że JOWy to coś takiego, co odbierze władzę politykom i da ją obywatelom, skończy z korupcją i arogancją władzy, uczyni urzędasów naszymi sługami i pozwoli wszystkim zatrudnionym na umowie-zleceniu chodzić z podniesioną głową. Gdy znany rockman mówi coś takiego, to głos politologa, sugerujący nieśmiało, że to całkowity nonsens, jest piskiem myszy z głębokiej nory. Nie warto nawet piszczeć. To jakby fanom Rihanny klarować, że jej muzyka jest do bani, a Pearl Jam o niebo lepszy. Bez sensu.

Zapomnijmy więc o małym piwie, a weźmy się za piwo duże (w końcu lato). Jest tutaj taki problemik. Otóż, primo, polska konstytucja stanowi, że wybory do Sejmu muszą być proporcjonalne. Drugie primo, JOWy to przeciwieństwo proporcjonalnych wyborów. Są tak proporcjonalne, jak abp Hoser jest feministą. Trzecie primo, z powyższych dwóch konstatacji wynika, że JOWy są niezgodne z konstytucją. Czwarte primo, aby JOWy wprowadzić trzeba najpierw zmienić konstytucję. Piąte primo, konstytucję w Polsce może, zgodnie z ową konstytucją, zmienić tylko kwalifikowana większość w Sejmie. Nie może stać się to natomiast na drodze referendum. (Referendum można zrobić, ale po pomyślnym dla zmiany głosowaniu w Sejmie, jako konsultację następczą). Szóste primo, pomimo tego, to jest referendum wiążące, o ile uzyska frekwencję powyżej 50% wyborców. Ostatnie primo (takie antyprimo), gdy taka frekwencja będzie, to będziemy mieli przegłosowaną we wiążącym referendum zmianę ordynacji, która jednak będzie niekonstytucyjna. Sejm natomiast nie będzie jednak tym wynikiem zobligowany do zmiany konstytucji.

Co będzie, jeśli Sejm jej nie przegłosuje? Nie wiem. Ale wiem, że rockman dostanie fioła (jeszcze większego). Zrobi marsz na Warszawę, wielkie protesty, manifestacje, może i blokadę Sejmu. W takich oto radosnych nastrojach będziemy obchodzić ostatnie z naszych „świąt” demokracji, to najważniejsze październikowe. Pytanie zatem brzmi: czy nie lepiej zaoszczędzić sobie tego ambarasu? Czy nie lepiej nie ryzykować, że emocje wokół tego prawnego mętliku urosną tak bardzo, że do Sejmu wejdzie tylko Kukiz i Stonoga?

Moi drodzy, nawet poparcie JOWów przez większość przy frekwencji ponad 50% nie przesądza o ich wprowadzeniu. Pozostaje kwestia zmiany konstytucji. Z tego wniosek jest prosty: JOWy może wprowadzić tylko Sejm. To oznacza, że ich zwolennicy muszą w wyborach parlamentarnych tak głosować, aby przyszły skład Sejmu był w stanie to uczynić.

Referendum natomiast jest, jako takie, bez sensu. Gdyby nie osiągnęło pułapu 50-procentowej frekwencji, to przynajmniej nie będziemy mieli prawnych wątpliwości, co ten wynik oznacza, a może nawet unikniemy kryzysu państwa na własne życzenie. Dlatego w tym jednym przypadku nie dawajcie sobie wmówić, że niegłosowanie to postawa nieobywatelska. Nieprawda. Bojkot tego referendum jest postawą wysoce obywatelską, głosem za uniknięciem sporu konstytucyjnego w akompaniamencie petard i przy aromacie płonącej gumy opon. Namawiam: zostańmy w domu!

Czytaj również
  • Sauelios

    A niech to, zgadzam się z Panem. Referendum rzeczywiście jest bez sensu i nie opłaca się w nim uczestniczyć.

  • Jedrekn

    Zaraz, zaraz jak to bez sensu? Wystarczy odpowiedzieć na pierwsze pytanie NIE i uzyskać wynik popierających JOW-y poniżej 50 %. Wówczas entuzjaści JOW-ów muszą o nie powalczyć w sejmie, ale najpierw trzeba do niego zostać wybranym.
    Tak patrząc referendum ma sens. Zresztą jestem zwolennikiem organizowania referendum, przy każdych wyborach z maksymalnie 2 -3 problemami dotyczącymi całości społeczeństwa do rozstrzygnięcia.