Ja, neoliberał

Drukuj

Pojęcie mody intelektualnej jest wieczne i bardzo aktualne także w odniesieniu do dzisiejszej publicystyki dotyczącej spraw filozofii polityki oraz polityki ekonomicznej. Obecna moda, ponad 3 lata po ujawnieniu się sytuacji kryzysowej na światowych rynkach finansowych, polega na smaganiu i wyklinaniu neoliberalizmu. Gdy ludzi spotyka nieszczęście, część z nich głowi się, jak mu zaradzić i zabezpieczyć się na przyszłość. Część jednak gorączkowo myśli, jak na tym ogniu upiec własną pieczeń i – poprzez osławione „kreowanie narracji” skłonić współobywateli do zaakceptowania często po wielokroć skompromitowanych już przekonań. Przykładów antyneoliberalnej mody intelektualnej także w polskich mediach, mamy bez liku. Dwa z nich przyniosła „Gazeta Świąteczna” z 30-31 lipca. Chodzi o zapis przemowy Guentera Grassa na zjeździe Netzwerk Recherche oraz o artykuł socjalliberała, prof. Andrzeja Szahaja, który swój tekst przedstawia pod tytułem „Posprzątać po neoliberalizmie”.

W pierwszym momencie robi mi się przykro, a także ogarnia mnie trochę złości, gdy czytam, że po mnie i mi podobnych trzeba sprzątać. Nikt nie lubi być tym, który nabrudził. Jednak sama treść artykułu prof. Szahaja jest o tyle ożywcza, że (a to rzadkość w polskiej debacie publicznej) nadaje się do czysto rzeczowej polemiki. Bardzo słusznie autor zauważa, że neoliberalizm jest tylko jednym z kilku nurtów w liberalizmie i wielkim błędem jest utożsamianie go z całością tradycji liberalnej. Nie mniej zasadne jest wskazanie, że istnieje kilka zróżnicowanych „kultur kapitalizmu” i wybrany rzekomo przez Polskę, od czasów „planu Balcerowicza”, model podobny do anglosaskiego nie jest jedynym możliwym. Co prawda teza o możliwości budowy modelu fińsko-szwedzkiego przy innej skali wielkości kraju, a przede wszystkim w warunkach startowych polskiej gospodarki w 1989 r., jest nader ryzykowna, ale na pewno można założyć jej słuszność teoretyczną.

http://www.flickr.com/photos/subconscience/297682093/sizes/m/in/photostream/

Słowa Szahaja wzbudzają jednak sprzeciw, gdy uznaje on, iż neoliberalizm z premedytacją wykreował wokół siebie aurę bezalternatywności i dlatego sprzeciw wobec jego stylu myślenia jest dziś niemal niemożliwy, tak że mamy do czynienia z „przemocą symboliczną”. Przemoc, także niefizyczna, kojarzy się z wywieraniem przymusu. Tymczasem dominacja recept neoliberalnych w ostatnich 25-35 latach wynikała z tego, że zaskarbił on sobie autentyczną sympatię bardzo licznych naukowców, ekspertów, analityków, komentatorów, polityków, ale także zwykłych ludzi, próbujących rozkręcać mały biznes. Sympatia ta jest pokłosiem jego bezdyskusyjnych sukcesów i efektywności z czasów prosperity lat 80-tych i 90-tych XX w.

Gospodarka wolna, nie poddawana ścisłym rygorom regulacji państwowych, w naturalny sposób podlega fazom koniunktury i dekoniunktury. W czasach „złotych” był przeto neoliberalizm chwalony z każdej strony, nierzadko zresztą przesadnie, bezkrytycznie i na wyrost. Taka była wtedy moda intelektualna. Optymizm generował prace takie jak „Turbokapitalizm” Luttwaka czy „Koniec historii” Fukuyamy. Dziś mamy, ze zrozumiałych powodów, nosy na kwintę i góruje pesymizm. Stąd artykuły takie jak prof. Szahaja, stąd z taką atencją słuchane i publikowane są wynurzenia pisarza i niereformowalnego socjalisty Grassa na temat światowej ekonomii. Ta moda jednak też przeminie, gdy koło gospodarki ruszy do kolejnego cyklu rozwoju. Warto więc na tezy o konieczności „sprzątania po neoliberalizmie” spojrzeć nie przez pryzmat ostatecznie uzasadnionych konkluzji z debaty o właściwym modelu społeczeństwa i ekonomiki, ale przez pryzmat układu odniesienia, wrażeń i nastrojów dominujących akurat w tym momencie, gdy lądują one na papierze. Są one bowiem produktem chwili i za kilka, góra kilkanaście lat ponownie stracą powab, jak ogłoszone onegdaj genialnymi recepty Keynesa z lat 30-tych i 40-tych.

Pod adresem neoliberalizmu Szahaj wysuwa cały szereg zarzutów, z których niektóre są zasadne, ale odnoszą się głównie do jego nadinterpretacji i wynaturzeń, które były dziełem przypadku, a także często opacznie go pojmujących konserwatystów amerykańskich. I tak autor pisze, że

  1. neoliberalizm twierdzi, iż każda działalność ludzka może i powinna polegać wycenie rynkowej, w tym także relacje międzyludzkie, przyjaźnie, miłość, sztuka (co jest oczywistym nadużyciem);

  2. że każdy, kto przegrywa na rynku, jest sam sobie winien (naturalnie nie każdy jeden, co nie znaczy, że brakuje takich, którzy wolą hojne państwo dobrobytu i nieróbstwo);

  3. że każda aktywność państwa jest zła i niepożądana (w swoich pismach von Hayek wyliczał wszakże przedziały, w których ma ona uzasadnienie);

  4. że cele polityki gospodarczej są zawsze takie same i z góry ustalone (a przecież jasne jest, że zależą od wielu zmiennych, a von Hayek ostrzegał przed ograniczeniami ludzkiej percepcji i umysłu w skutecznym rozwiązywaniu problemów ekonomicznych);

  5. że najlepszy ład społeczny wyłoni się z samorzutnych działań jednostek (podczas gdy ład ten będzie wielce niedoskonały, a jego zaletą będzie to, że ograniczona ludzka zdolność do analizy skomplikowanej rzeczywistości niesie ryzyko, iż alternatywny ład zaplanowany będzie gorszy, lub szybko się zdegeneruje).

Z drugiej jednak strony cały szereg zarzutów Szahaja można tylko odrzucić i z otwartą przyłbicą stanąć w obronie tez neoliberalnych. I tak:

  1. własność prywatna, owszem, jest „święta” w tym sensie, że jest naturalnym prawem i potrzebą człowieka;

  2. własność prywatna nie jest może zawsze lepsza niż państwowa, ale jest zawsze lepiej zarządzana i efektywniejsza tam, gdzie pozaekonomiczne czynniki nie muszą być koniecznie uwzględniane jako społecznie doniosłe (a więc może nie w edukacji czy służbie zdrowia, ale już na pewno w usługach fryzjerskich, produkcji gumy do żucia czy blachy dachowej);

  3. jak najbardziej, jednostka jest zawsze ważniejsza od wspólnoty – podporządkowanie jednostki wspólnocie stanowi skrajne zagrożenie dla wolności człowieka i sugestia, że jest inaczej, nie powinna znaleźć się w tekście także socjalliberała (!);

  4. dobro wspólne jest nie tyle sumą interesów jednostek, co wizją stanu rzeczy, będącym preferowanym wytworem poglądów dominujących w danej wspólnocie, która to wizja zostaje narzucona mniejszości na drodze przymusu (oto prawdziwa „przemoc symboliczna”) – realne, rozumiane bez podtekstów „dobro wspólne” jest utopijnym ideałem, który nie istnieje w społeczeństwie, będącym heterogenicznym pęczkiem przeciwstawnych interesów;

  5. w końcu, w istocie „przypływ podnosi wszystkie łódki”, a więc wraz z rozwojem gospodarczym, w czasach prosperity, bogacą się (niemal) wszyscy, z tym że jedni szybciej od innych (czyli analogia do przypływu nie jest dobra), przez co słuszny jest raczej zarzut taki oto – neoliberalizm pogłębia rozwarstwienie dochodów (samorzutność procesów ekonomicznych to powoduje, ponieważ mając większy kapitał posiada się możliwość jego lepszej alokacji i szybszego mnożenia).

Do cyklicznego okresu złej koniunktury doszło w warunkach funkcjonowania systemu ekonomicznego, u którego podstaw w znacznej mierze znajduje się neoliberalizm. Stąd alergiczna reakcja jego krytyków (mam tu na myśli osoby takie jak Grass lub szef ubolewającej nad brakiem przemocy w życiu publicznym „Krytyki Politycznej”, nie prof. Szahaja szukającego zasadniczo jednak argumentacji konstruktywnej) przypomina trochę „psa Pawłowa”, bezwarunkowo reagującego na impuls w sposób z góry do przewidzenia. Tymczasem treść teorii neoliberalnej, tak jak każdej innej, zapełnia się niedoskonałymi działaniami zwyczajnych ludzi, przez co praktyka zawsze odbiega od kart „mądrych ksiąg” bujających w obłokach intelektualistów. Socjalizm wcielony w życie doprowadził do zbrodni, zaś w warunkach neoliberalizmu (i to nie czystego, bo nawet w USA kryzys wywołały także czynniki rządowe, prowadzące marną politykę monetarną czy wspierające praktykę skrajnie nieodpowiedzialnego zaciągania kredytów na nieruchomości przez słynnych NINJA) doszło do obecnego kryzysu. Który los jest jednak, mimo wszystko, lepszy, to pytanie nie budzi większych wątpliwości. Znikają one ostatecznie, gdy porównamy najlepsze okresy obu idei wcielanych w praktyce, a więc w przypadku neoliberalizmu jednak czas niezwykle szybkiego procesu bogacenia się społeczeństw w latach 1970-99.

Sposób, w jaki niektórzy ludzie korzystali z narzędzi oddanych do ich dyspozycji przez neoliberalizm, nie przesądza o jego rzekomej złej naturze. W swojej warstwie zasadniczej neoliberalizm to bowiem idea szlachetna, uznająca człowieka za istotę dobrą, odkrywczą i zdolną z natury, która tejże jednostce chce zapewnić szeroki zakres wolności dla podejmowania prób realizacji swoich aspiracji, marzeń i ambicji. Gdy ludziom daje się wolność, od czasu do czasu skutki bywają opłakane. Doświadczenie historyczne nauczyło nas, że nie jest to jednak argument za pozbawieniem człowieka wolności w sferze politycznej i obywatelskiej, gdyż to prowadzi do totalitaryzmu i katastrofy. Późniejsze doświadczenie z emancypacją społeczną i rewolucją obyczajową pokazało, że także w zakresie wyboru stylu życia zasada wolności jest lepsza od restrykcji. Natomiast w zakresie ekonomicznym postęp w naszym myśleniu się nie dokonuje, ponieważ gospodarka ma cykliczne zapaści i regresy. W efekcie, choć doświadczenie skokowych wzrostów poziomu życia ludzi, czy to w XIX czy w XX w., właśnie w warunkach wolnorynkowej ekonomii, powinno uczyć nas, iż nie warto stawiać wielu barier człowiekowi także wtedy, gdy zarabia na życie i się bogaci, to jednak recesje stale na nowo przynoszą załamanie wiary w wolność. Tak było w czasie kryzysu lat 80-tych i 90-tych XIX w., gdy na nowo wprowadzano bariery handlowe, które miały spory wpływ na wybuch I wojny światowej, tak było gdy powszechna wiara w przeregulowanie gospodarki spowodowała Wielki Kryzys i kolejną wojnę. Tak może być i dziś, jeśli moda intelektualna spowoduje trwałe przełożenie zwrotnic w myśleniu o ekonomii i wolności. Jednak już natura drugiej fazy tego kryzysu, w której problemem numer 1 okazuje się zbyt wysokie zadłużenie finansów poszczególnych państw, pokazuje, że warto zachować ostrożność wobec postulatów leczenia gospodarki zwiększonymi wydatkami socjalnymi i „stymulowania gospodarki” zastrzykami pożyczonych pieniędzy. Rachunek za „reformy socjaldemokratyczne” zapłacą wtedy kolejne pokolenia, które rzeczywiście będą miały po kim sprzątać.

Czytaj również
  • Gall anonim

    Czytając ten artykuł zauważam, że nie jest on obroną neoliberalizmu, ale liberalizmu, do którego myślę nikt rozsądny nic przeciwko nie ma. Liberalizm jako postawienie jednostki wyżej niż wspólnoty, postawienie na jak najmniejszą ilość państwa w gospodarce i jak najmniejsze jego zbiurokrtyzowanie jest szerokim nurtem w którym neoliberalizm jest tylko jedną jego odmianą i to wyłącznie skrajnością. Jak powszechnie wiadomo wszelkie skrajności nie są ogólnie dobre, I ma to zastosowanie zarówno do socjalizmu jak i neoliberalizmu (choć oczywiście ta pierwsza jest zdecydowanie gorsza). Nie mam zamiaru negować w tym poście idei liberalnej gdyż sam jestem liberałem natomiast nie jestem w żadnym wypadku neoliberałem.
    Słowo neoliberalizm ze słowem liberał, jest wskutek potransformacyjnych wydarzeń, używanie w Polsce jako synonimy. Uosobieniem neoliberalizmu w polskim wydaniu jest oczywiście postać Leszka Balcerowicza. Abstrahując od jego postaci i jego planu, który moim zdaniem był konieczny (aczkolwiek wcale nie był jakimś zbawieniem zrzuconym z losu inne kraje bloku postkomunistycznego jak np. Czechy czy Słowacja poradziły sobie niegorzej od Polski mimo nieposiadania w arsenale tegoż Pana) to późniejsza jego działalność jako neoliberała wydaję mi się bardziej szkodliwa niźli pozytywna. Rozumująć w kategoriach ściśle ekonomicznych, w jakich neoliberał tylko rozumuje, traci sie wiele z pola widzenia. Zwłaszcza wpływ polityki na rachunek ekonomiczny. Sprawa wydaje się wręcz kuriozalna w przypadku jednym z głównych dogmatów neoliberałów, że trzeba wszystko i jak najszybciej prywatyzować bo co państwowe to złe, za to to co prywatne to dobre. Oczywiście jak najbardziej ma to sens w przypadku nierentownych i zadłużonych przedsiębiorstw państowywych do których to panstwo musi dopłacać. W tym przypadku prywatyzacja absolutnie jest wręcz koniecznością. Inaczej sprawa jednak wygląda w przypadku państwowych rentownych spółek i strategicznych branż. Otóz tutaj wchodzi już polityka na scene. Bo jednym z argumentów neoliberałów jest to, że nawet jeśli spółka państwowa jest rentowna to pod zarządem prywatnym była by jeszcze bardziej rentowna. Gdyby to był zarząd polski można by się na to zgodzić bo zyski by otrzymywał podmior krajowy napędzając polska gospodarke i tak dalej. W przypadku natomiast wyboru gdy spółka przynosi załóżmy 10 mln zł zysku dla państwa, a w przypadku np. zarzadu francuskiego by to było 100 mln to oczywiście należy zostawić to w rękach państwa. Nawet jeśli połowa z tego zysku jest przejadana przez biurokrację to po pierwsze: połowa zysku trafia do państwa i idzie z mniej lub lepszym skutkiem do obywateli (poprzez różniego rodzaju inwestycje a nawet i wypłate wynagrodzeń) a po drugie to ta połowa pieniędzy co idzie na tą biurokrację to gdyby jej nie było to by poszła z naszych podatków. W przypadku sprzedaży zagranicznemu potentatowi zysków Polska nie ma żadnych. I sprawa kolejna. Bezsensowne jest wyprzedawania banków i strategicznych gałęzi gospodarki. Balcerowicz powie: pieniądz jest międzynarowowy nie ma sensu tkwićw zaścianku i trzymać się „polskiego kapitału”.! Otóż może i tak jest jak wszystko ładnie się kręci. Gdy dochodzi do kryzysu każdy patrzy na swój nos i biorą góre narodowe interesy a tego neoliberalizm nie uwzględnia w swojej teorii. Zwłaszcza brak własnego systemu bankowego (jak w Polsce) powoduje, że nawet wobec braku odczuwania kryzysu w Polsce jest on odczuwalny gdyż zachodnie banki drenują kapitał z Polski do central, jak to już miało miejsce podczas ostatniego kryzysu).
    Kolejną ważna kwestią jest fakt, że rzeczywiście w latach 1970-99 nastąpił spory okres prosperity, ale z tego co wiem to w Stanach rządził tylko jeden neoliberał Reagan i to w latach 1980-89 a co z resztą? Do tego nie ma co porównywać tamtych czasów do obecnych. Rewolucja informatyczna zmieniła całkowicie cały świat finansów i nikt i nic nie jest w stanie go już kontrolować. Wielokrotnie „wycena rynkowa” nie ma nic wspólnego z rzeczywistą wartościa danej spółki.
    Zreszta należy sie zastanowić co jest celem? Czy celem jest wyłącznie jak najwyższy wzrost PKB czego chcą neoliberałowie, czy też bogacenie się ogółu społeczeństwa, wzrost jakości służby zdrowia, nauczania, środowiska itd? Co mi z tego, że jestem w stanie kupić sobie tysiąc bochenków chleba jakich tylko zapragnę jak masowa konsumpcja doprowadza do tego, że chleby są spulchniane napychane świństwem i pleśnieją po dwóch dniach i tylko takie można znaleźć w każdym sklepie. Ale takie sie sprzedaja wiec mniejszosc ci indywidualni sa poszkodowani A szukać normalnego chleba nie każdy ma czas i chęci. I tak sprawa wygląda praktycznie z całym rynkiem żywnościowym. Przykłady można mnożyć zaczynając od poziomu globalnego kończąc na lokalnym jednak i tak za dużo wątków w mej wypowiedzi zawarłem. Tak też kończę moją wypowiedź i pozdrawiam.

  • Piotr Beniuszys

    Dziękuję za komentarz. W zakresie preferencji dla własności państwowej przedsiębiorstwa, nawet w sytuacji, gdy jest ono duże mniej efektywne, anliżeli mogłoby być w rękach prywatnego inwestora zagranicznego, zagłaszam swoje zdanie odrębne. W czasach outsourcingu kapitału i miejsc pracy, nie ma żadnego znaczenia, czy inwestor jest zagraniczny czy krajowy, ponieważ każdy może zdecydować o przeniesieniu produkcji do innych państw globu. I tak np. fakt, że Renault jest francuski nie uchronił miejsc pracy we Francji, gdy władze koncernu zdecydowały obniżyć koszty.

    Pogląd o wyższości państwowego zarządzania koncernami w niektórych warunkach trąci natomiast postliberalną jano-krzysztofo-bielecczyzną, której nie popieram.

    Pozdrowiania!

  • Gall anonim

    Oczywiście, że nie ma znaczenia jeśli bierzemy pod uwagę wyłącznie rachunek ekonomiczny z punktu widzenia maksymalizacji zysku. Ale chodzi o to KTO ten zysk otrzymuje. Jeżeli zyski zgarnia inwestor zagraniczny podatki wędrują do kraju w którym ma on siedzibę. Państwo i obywatele, którego firma została sprywatyzowana nie mają z tego ani grosza. Z kolei jeżeli spółka przynosi zyski nawet mniejsze dla państwa, niźli gdyby była w rękach prywatnych, to mimo wszystko jakiś tam setny procent tego zysku trafia do obywateli (nawet jeśli 90% zysku by poszło na biurokrację). Więc lepsze 10% z miliona na coś pożytecznego niźli 0% z miliarda. Rachunek jest prosty.
    Co do Jana Krzysztofa Bieleckiego to uważam, że właśnie on wykonał spory progres w stosunku do wczesnych lat 90tych, czego niestety nie można powiedzieć o np. Balcerowiczu. Bielecki poobracał się trochę w biznesie, poznał realia, jak to wszystko wygląda w PRAKTYCE, a nie w TEORII. Sam przecież był zatwardziałym neoliberałem, jednak stał się PRAGMATYKIEM, co jest moim zdaniem najrozsądniejszym wyborem jaki może być. Żadna skrajność nie jest dobra, a neoliberalizm opiera się na dogmatach, które wcale nie muszą być prawdziwe i często też nie są.

    • Piotr Beniuszys

      „Jeżeli zyski zgarnia inwestor zagraniczny podatki wędrują do kraju w którym ma on siedzibę.”

      ?

      „Państwo i obywatele, którego firma została sprywatyzowana nie mają z tego ani grosza.”

      ?

      „jeżeli spółka przynosi zyski nawet mniejsze dla państwa, niźli gdyby była w rękach prywatnych, to mimo wszystko jakiś tam setny procent tego zysku trafia do obywateli”

      ???

      „Więc lepsze 10% z miliona na coś pożytecznego niźli 0% z miliarda. Rachunek jest prosty.”

      Przestaje być prosty, jeśli włączyć do rachunku kwestię liczby miejsc pracy, VAT od sprzedanych produktów.

      PS W ocenie Balcerowicza i Bieleckiego nasze poglądy są idealnie przeciwstawne.

  • Gall anonim

    Źle to może trochę ujęłem. Nie chodzi mi bynajmniej o same podatki tylko także o dywidendę. Jeżeli przedsiębiorstwo przynosi spory zysk a głównym udziałowcem jest Skarb państwa to te zyski trafiają do państwa, a nie do np. pośrednio Francji (przykład „prywatyzacji” TPSA). VAT i miejsca pracy sie wliczają do rachunku również w przypadku firmy państwowej, a w przypadku miejsc pracy to nawet wieksze szanse, że w państwowce miejsc pracy będzie więcej (co akurat nie jest żadnym plusem) więc argument chybiony.

    Co do drugiego znaku zapytania to go nie rozumiem. Przecież jasno chodzi o to, że jeżeli zyski trafiaja z firmy do państwa to w jakiś pośredni sposób trafiają do obywateli (nawet jeśli idą na biurokrację to dzięki temu my nie dopłacamy tego ze swoich podatków i ta kwota może byćprzeznaczona na inne cele). Mniej więc lub bardziej (nawet pośrednio) obywatel jakiś zysk z tego odnosi. W przypadku gdy zysk trafia do zagranicznego inwestora, kto oprócz niego na tym zyskuje? Oczywiście nikt. Oprócz jednorazego zysku na sprzedaży udziałów oczywiście. Pytanie po co sprzedawać coś co jest rentowne skoro będzie to przynosiło zysk komuś innemu? I wcale nie ZAWSZE państwowy zarząd oznacza gorszy choć oczywiście można sie zgodzić, że w większości przypadków taki jest, Neoliberalizm za to mówi że ZAWSZE jest zły.

    Oczywiście, że są przeciwstawne gdyż Balcerowicz to neoliberalizm, czyli skrajna postać liberalizmu, dogmatyczna i niecierpiaca krytyki i ewolucji jak marksizm-leninizm:) z kolei Bielecki prezentuje bardziej pragmatyczne podejście do myśli liberalnej. Zresztą polecam artykuł, który pojawił się już w Liberte na ten temat, bardzo klarownie przedstawiający moje podejście do tego tematu i moim zdaniem celnie oddający istotę rzeczy:

    http://liberte.pl/idee/1869-jaki-liberalizm-.html

    • Piotr Beniuszys

      „Źle to może trochę ujęłem.”
      Czyli to przynajmniej mamy wyklarowane. Podatki trafiają oczywiście do budżetu państwa, gdzie dana fabryka ma lokalizację. Zysk trafia do centrali firmy, jeżeli nie jest reinwestowany (a nierzadko bywa i to także w miejscu inwestycji). Dywidendę otrzymują akcjonariusze. Jeśli spółka jest na giełdzie, to obojętnie, gdzie zlokalizowany jest parkiet, akcjonariuszami mogą być obywatele każdego państwa.

      Liczba miejsc pracy rośnie, gdy inwestycja się rozwija, a rozwija się, gdy uzyskuje wzrost rentowności. Przytoczył Pan przykład, że firma państwowa jest lepsza nawet wtedy, kiedy jest tak nieefektywna, że generuje tylko 10% wyniku alternatywnej firmy prywatnej. Otóż generując o 90% mniej zysku, stworzy mniej miejsc pracy, sprzeda mniej towarów.

      Osobiście nie uważam, aby jakiekolwiek pieniądze, które państwo pobiera do budżetu, „wracały do obywatela” – poza oczywiście redystrybucją dochodów i tranferami socjalnymi. Stąd był mój znak zapytania. Nigdy – jako obywatel Polski – nie odniosłem żadnej korzyści z tego, że KGHM jest państwowe. Za to wiem, że gdyby państwowe nie było, to działający tam związkowcy nie łupiliby tej firmy w tak bezczelny i niewiarygodny sposób jak robią to obecnie. Gdy firma jest prywatna, musi brać pod uwagę rachunek ekonomiczny. Gdy jest państwowa, to może być deficytowa i dotowana z naszych podatków, aby palący opony pracownicy tejże firmy mieli bezpieczne miejsca pracy, czternastki, kredkowe, deputaty, śmaty i bataty. Oczywiście czasami przychodzi KE i historia znajduje taki koniec jak w przypadku stoczni, gdzie państwowa własność zrobiła – przepraszam za cynizm – kawał dobrej roboty.

      Z panem profesorem Szahajem, którego niezmiernie szanuję za wielce ciekawe i wybitne publikacje naukowe, nie zgadzam się, ponieważ reprezentujemy inne nurty liberalizmu. Swoją drogą, fakt, że czołowi „liberałowie” z PO przeszli na pozycje socjalliberalne traktuję w kategoriach ironicznych. Jak dziś pamiętam rok 2001, gdy pozostałem przy UW po powstaniu PO, jak znajomi popierający PO zarzucali mi socjaldemokratyczne skrzywienie. Czasy się zmieniły…

  • Gall anonim

    Oczywiście wiem (uprzedzam potencjalne uwagi:)), że niniejszy artykuł był polemiką na ten, który przytoczyłem, wskazuje tylko, że w 100% z nim sie identyfikuje i moim zdaniem świetnie przedstawia cały problem. Głównym problemem neolberalizmu jest to, że jest dogmatyczny i wbrew naturze liberalnej (nastawionej przecież na postęp i ulepszanie) nie dopuszcza podważanie żadnych dogmatów, które są zdefiniowany w sposób absolutny i niepodważalny a nie istnieje, żadna idealna recepta na wszystko zwłaszcza w ekonomii. Prawda zawsze leży pośrodku,