Krzyżyk tu, krzyżyk tam, krzyżyk siam

Drukuj

Nie wybory powinny być dopasowywane do najniższych kwalifikacji, to obywatele – jeśli chcą być wyborcami – powinni jednak o to zabiegać, aby swoje kwalifikacje nieco chociaż podnosić.

Debata nad sporą liczbą nieważnych głosów w wyborach do sejmików wojewódzkich w Polsce i o możliwych przyczynach tego stanu rzeczy, z kształtem karty wyborczej na czele, toczy się. Niewiele osób chce przyjąć, że całkiem możliwym jest, iż większość oddających głos nieważny celowo to uczyniła – niestety komisje nie rejestrują, jaką część głosów nieważnych stanowiły karty puste. Pewne jest jedno: na wybory samorządowe (które są w rzeczywistości 3-4 zupełnie różnymi elekcjami) chodzi „nierówny” elektorat. Są – po pierwsze – tacy, którzy na nie chodzą, choć ignorują wybory parlamentarne i tym bardziej europejskie. To ludzie nielubiący polityki, partii i ich sporów, ale albo zainteresowani przyziemnymi kwestiami lokalnymi, albo po prostu mający w samorządowych wyborach znajomych, braci, siostry czy kuzynów wśród kandydatów. To właśnie oni najczęściej zagłosują na kuzyna itp. do rady miasta/gminy i na kandydata na burmistrza/wójta, przez listę kuzyna polecanego, ale zignorują wybory do sejmiku, które dla nich należą bardziej do kategorii wyborów ogólnokrajowych (w mniejszym stopniu za partyjne wybory mogą też uchodzić te do rad powiatów). Są – po drugie – wyborcy zainteresowani głównie „wielką polityką”, walką o władzę w kraju, ideami politycznymi, powodzeniem swoich idoli politycznych, którzy są zdania, że kwestie samorządowe, lokalne z grubsza każdy kandydat rozwiąże tak samo i równie dobrze, co inny. Z tej grupy część nie chodzi na wybory samorządowe, ale część widzi ich wynik jako posiadający wpływ na dalsze losy partyjnej walki i idzie. Te wybiórcze absencje obu tych grup, jednej w tych, drugiej w innych wyborach, czynią wynik sejmikowy nieporównywalnym z wynikami wyborów ogólnopolskich i otwierają pole do dość łatwego tłumaczenia różnic w poparciu zwłaszcza PSL. Oczywiście jest też i trzecia grupa sumiennych wyborców, która głosuje we wszystkich wyborach, przemyśla swe werdykty i nierzadko oddaje w różnych wyborach głosy na różne partie.

 

Wokół tych spraw jest wiele kontrowersji, a emocje bardzo silne. Na marginesie tego wątku pojawia się jednak problem kształtu karty wyborczej i nawoływania do powrotu do stosowania wielkich płacht w zastępstwie tzw. książeczek. Argument za tym w sposób najbardziej dosadny formułuje w swoim wtorkowym tekście w „Gazecie Wyborczej” Ewa Siedlecka. Stwierdza ona tam, że procesy wyborcze powinny być co do zasady dostosowane do potrzeb wyborców o najniższych kompetencjach intelektualnych i politycznych. Stanowczo nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy.

 

W kręgach demokratów frekwencja wyborcza jest nie od dziś niezwykle cenioną wartością. Jakość wyboru dokonanego z udziałem np. 65% społeczeństwa ocenia się wyżej niż w przypadku wyniku wygenerowanego przy frekwencji rzędu 40%. Postulat Siedleckiej ma, tak go rozumiem, służyć ułatwieniom i podnoszeniu frekwencji wyborczej. Jednak i z tego powodu nie jest on trafny. Wielu wyborców, którzy nie głosują, nawet spośród tych, którzy nie głosują uporczywie w żadnych/prawie żadnych wyborach, ma całkowicie wystarczające kompetencje, aby pojąć jak oddać głos ważny na karcie w formie książeczki. Nie głosują oni raczej z tego powodu, że polska polityka, kreowana przez PiS, PO, SLD i PSL jest polską polityką, kreowaną przez PiS, PO, SLD i PSL. To jedna sprawa. Druga kwestia natomiast jest tutaj zasadnicza. Zamiast iść w kierunku maksymalnej symplifikacji wyborów, może jednak warto naruszyć tabu świętej krowy, zwanej wyborcą, i powiedzieć sobie szczerze, że on także ma pewne obowiązki, że także i przed nim należy stawiać pewne, nieduże (jak przeczytanie ze zrozumieniem instrukcji głosowania) w gruncie rzeczy oczekiwania? Nie wybory powinny być dopasowywane do najniższych kwalifikacji, to obywatele – jeśli chcą być wyborcami – powinni jednak o to zabiegać, aby swoje kwalifikacje nieco chociaż podnosić. Kwestie polityczne, związane z nimi problemy prawne, społeczne, ekonomiczne, geopolityczne, interpersonalne, historyczne i moralne są materią niezwykle skomplikowaną. Wyborca, nawet w demokracji powszechnej, powinien jednak posiadać pewną, choćby minimalną wiedzę na niektóre z tych tematów, tak aby jego wybór miał jakikolwiek sens. To odejście od filozofii przyrodzonego prawa obywatela do głosowania i psiego obowiązku systemu, aby mu to ułatwiać, w kierunku filozofii prawa do głosowania jako nieodwoływalnego co prawda, ale jednak przywileju, z którym wiążą się pewne zobowiązania i powiem wymóg postawy odpowiedzialności i świadomości. Niespełnienie tych wymogów nie może w demokracji skutkować pozbawieniem praw wyborczych – przestałaby to być demokracja. Ale powinna, stawiam tu znak zapytania, być to okoliczność skłaniająca do samokrytycznego wycofania się i absencji wyborczej do czasu ewentualnego uzyskania lepszego wglądu w kluczową problematykę. Pewne jest tutaj jedno: kto nie potrafi zrozumieć, jak oddać głos ważny w wyborach, gdzie startują konkurencyjne listy kandydatów, a karta do głosowania ma formę książeczki, ten na pewno nie rozumie wiele z istotnej dla kraju i współobywateli materii, o której w wyborach zapadają rozstrzygnięcia. Może to zatem lepiej, że jego głos nie jest liczony?

 

Te same media, tak pochylające się nad losem wyborców, którym „uniemożliwiono” oddanie ważnych głosów, często narzekają na poziom polityki, na jej tabloidyzację, na skupianie się na emocjach i symbolach czy pustych pozach i frazesach, na wypłukanie debaty z cząstki merytorycznej, na prymitywizm kampanii wyborczych, w końcu na eskalację wrogości i nienawiści pomiędzy politykami. Wszystkie te procesy wynikają z niskich kompetencji wyborców, którzy nie są – w znacznej liczbie – przygotowani do odbioru debaty poważnej i rzeczowej. A przecież, choć kraje takie jak Niemcy, Beneluks czy Skandynawia są także demokracjami powszechnymi, to jednak tam pielęgnuje się dużo większy zakres merytoryki w debacie. Jest to więc możliwe, zapewne nie w wyidealizowanym stopniu, ale jednak jakościowo większym niż obecnie w Polsce. Droga do poprawy debaty i kampanii wyborczych w Polsce prowadzi jednak tam, gdzie red. Siedlecka ma obawy iść. Leży w zobowiązaniu wyborców do poszerzania wiedzy, do walki z lenistwem intelektualnym i bezrefleksyjnym stawianiu krzyżyków, gdzie popadnie. Gdzie kandydat ładny, albo ma fajne nazwisko, albo mówi, że „kocha ojczyznę”, ale już nic więcej poza tym. Bycie obywatelem i wyborcą zobowiązuje. Zacznijmy egzekwować to, do czego zobowiązuje.

vote

Czytaj również