Marny interes

Drukuj

Szkoda, że politykom obecnie rządzącym Polską nie chodzi o zmianę lub przynajmniej osłabienie negatywnych trendów demograficznych. Szkoda, że nie interesuje ich przyszłość polskiego systemu emerytalnego oraz finansów publicznych.

Szkoda. Szkoda, że politykom obecnie rządzącym Polską nie chodzi o zmianę lub przynajmniej osłabienie negatywnych trendów demograficznych. Szkoda, że nie interesuje ich przyszłość polskiego systemu emerytalnego oraz finansów publicznych. Gdy nasze społeczeństwo drastycznie postarzeje się w okolicach 2040 r., Jarosław Kaczyński będzie ponownie zjednoczony z bratem i daleki od zawracania sobie głowy tym padołem. Dlaczego więc miałoby to go obchodzić? A przecież, co nie obchodzi Naczelnika, nie obchodzi „eunuchów na dworze sułtana”.

Partii władzy zależy nie na sytuacji demograficznej i finansowej Polski, jej zależy na tych sprawach, od których zaczęła swój rajd ustawodawczy. Zależy jej na uzyskaniu niczym nieskrępowanej władzy nad ludźmi – dlatego pozbawiono Trybunał Konstytucyjny realnej roli i w ten sposób zawieszono obowiązywanie Konstytucji RP, to dlatego oddano w ręce partyjnego aparatczyka w funkcji ministra sprawiedliwości arbitralną władzę nad prokuraturą, to dlatego uruchomiono uzbrojoną w nowe uprawnienia machinę inwigilacji życia prywatnego wszystkich obywateli, to dlatego zamieniono służbę cywilną w „ćpunów” uzależnionych całkowicie od łaski partii władzy, to dlatego usiłuje się krok po kroku przejąć kontrolę nad przepływem informacji, zamieniając media publiczne w reżimowe, ich serwisy informacyjne w laurki propagandowe, a – już niebawem – media prywatne w zastraszone sądem, karami i cenzurą następczą ośrodki niemocy.

Oto na czym zależy partii władzy. Ale to wszystko jest kijem. Samym kijem się nie da, zatem w ofercie są marchewki. Najważniejszą jest 500 zł miesięcznie na dziecko. Będę beneficjentem tego rozwiązania. Mam trójkę dzieci, co oznacza w moim przypadku prezent od pani Beaty Szydło w wysokości 1000 zł miesięcznie. Powinienem się cieszyć, w końcu nie brakuje mi pomysłów, jak mógłbym uczynić życie mojej „trójcy” jeszcze lepszym niż jest teraz, a wszystkie one kosztują. Niestety, należę do tych, którzy wyglądają poza krawędź talerza z darowaną mi zupą. I widzę same problemy.

Widzę problem z rosnącym deficytem z racji tak powstałych kosztów. Widzę nowe podatki, które zapłacę jako klient Biedronki czy Lidla oraz właściciel konta bankowego. Widzę VAT, który nie spada, choć miał. Obawiam się też innych podwyżek podatków w przyszłym roku.

Widzę zatrzymanie procesu, którego celem miało być umożliwienie każdemu polskiemu dziecku uzyskania bardzo taniego miejsca w przedszkolu, a niedługo także w żłobku. W połączeniu z rocznym urlopem rodzicielskim, opieka ta miała stać się silnym bodźcem dla młodych Polek i Polaków, aby decydowali się na więcej dzieci, skoro państwo funduje najpierw rok w domu (wypłacając 80% pensji), a potem finansuje od 13. miesiąca życia miejsce w żłobku, umożliwiając powrót do pracy zawodowej. Wszystkie badania pokazują, że to (wraz z dostępnością mieszkań) jest najsilniejszym impulsem przy decyzjach o dziecku, zwłaszcza drugim, o trzecim nie wspominając. Zamiast tego jest podwyższenie wieku szkolnego, przez które 6-latki zabiorą 3-latkom miejsca w przedszkolach. W efekcie rodzice są „na lodzie” od 1. urodzin dziecka (koniec rocznego urlopu) aż do 1 września roku, w którym ukończy ono 4 lata. 500 zł na dziecko jest dodatkowym impulsem, aby w tym czasie do pracy nie wracać, tylko wegetować (przecież za 500 zł nie opłacimy żłobka czy przedszkola prywatnego, o opiekunce nie wspominając). Nie rozwijać się, nie odkładać na emeryturę. Jakby nie dość było problemów przed nami w tej dziedzinie.

Jeśli urodzenie dziecka będzie oznaczać każdorazowo 4-letnią przerwę w pracy (ok, te okresy się mogą nieco nakładać, ale przy urodzeniu trójki w sensownych odstępach należy zakładać 8-10 lat przerwy) i wsparcie państwa na poziomie 1000 lub 1500 zł, które co prawda starczą na opłacenie opiekunki, ale tylko dla jednego dziecka, lub przedszkola, ale tylko dla półtorej dziecka, to tylko matematyczny analfabeta uzna to za korzystny dla rodziców układ.

Ale tak to już jest, że ślepotę ludzi na demontaż ochrony praw i wolności obywatela trzeba kupić. A takie rzeczy kupuje się gotówką, nie miejscami w przedszkolach.

Czytaj również
  • http://skorski.info Jarosław Skórski

    Czy można poprosić o linki i źródła tych „wszystkich badań”, które wskazują na to, że troska o miejsce w żłobku i przedszkolu jest impulsem hamującym decyzje o rodzicielstwie?
    W zamian podzielę się takimi, które mówią że ogromna większość matek nie chce oddawać dziecka do żłobka i takimi, które mówią, że dziecko znacznie lepiej rozwija się, jeśli do 3 roku życia jest pod opieką rodziców.

    • manjaa

      Głównym źródłem jest brak miejsc w żłobkach i przedszkolach oraz długa lista chętnych. Te matki, które nie muszą oddawać dziecka do żłobka, zapewniają mu opiekę babci, niani, lub stać je, żeby nie iść do pracy. Babcie obecnie długo pracują, więc jest to trudne, (jedyną zaletą niżu demograficznego jest to, że w wielu rodzinach jest mało małych dzieci i zawsze ktoś tam może się zająć przez kilka godzin) nianie sa drogie. Wśród moich znajomych koleżanek wszystkie, które mają nianie bardzo „szczypią się” z kasą i leca do domu, kiedy tylko mogą. W przypadku kobiet, które z trudem znalazły opłacalną pracę, i nie mają pod ręką babci, żłobek jest jedynym rozwiązaniem. Szkoda, że często nieosiągalnym. W tych krajach europejskich, gdzie tanie lub darmowe żłobki i przedszkola są ogólnie dostępne, nastąpił szybki wzrost demograficzny.