Nasz 4 czerwca

Drukuj

Zakończone sukcesem sił wolnościowych pierwsze w pełni demokratyczne wybory do Senatu i częściowo wolne wybory do Sejmu 24 lata temu były owocem wielu lat pracy, wyrzeczeń, zaangażowania i samo-poświęcenia wielu ludzi z będących wtedy i w latach poprzednich w sile wieku pokoleń. W czarnych latach stanu wojennego niejeden musiał się ukrywać, niejeden trafił za kraty, wielu musiało zrezygnować z lub przerwać zawodową karierę. Robili to z przekonaniem o słuszności celu nadrzędnego, jakim była dla nich pomyślność ich Ojczyzny, a także lepsze życie dla ich własnych dzieci i wnuków.

Dzisiaj często słyszymy dość oczywistą konstatację, że czasy bohaterskie w historii Polski się skończyły, a została tylko proza życia. Że możemy być szczęśliwi z życia w wolnym, bezpiecznym kraju, w którym jest bardziej dostatnio niż kiedykolwiek było w Polsce, a jest nadzieja, że może będzie jeszcze trochę dostatniej. Że nie musimy ryzykować swoim osobistym dobrem, kłaść na szali nasze zdrowie i życie, co jakże często musiały czynić poprzednie pokolenia. Z drugiej strony pobrzmiewa w tym nuta żalu, płynąca z ochoczych serc, które chętnie sprawdziłyby się w okolicznościach wymagających największej odwagi lub też tylko tak się im wydaje.

Mam tutaj dobrą być może wiadomość. Polska jest także i dziś w potrzebie. Wcale nie musi być tak, że najdonioślejszym gestem dostępnym dla patrioty jest teraz płacenie podatków, sumienna praca, nieplucie na chodnik i niejeżdżenie na gapę w środkach komunikacji publicznej. Polska jest w oczywistej potrzebie, stoi przed poważnym wyzwaniem. Znów wymaga pracy, wyrzeczeń, zaangażowania i nawet samo-poświęcenia wielu spośród jej młodych obywateli. Wymaga abyśmy zrezygnowali z części siebie, naszych planów i marzeń, a nawet ambicji, zgodzili się na perspektywę przerwy lub spowolnienia kariery zawodowej dla Ojczyzny, ale także dla dobra naszych dzieci i wnuków, które także będą chciały wieść życie w kraju bezpiecznym, stabilnym i w miarę dostatnim. Aby to się ziściło musimy ponieść te wyrzeczenia, skuteczniej stawić czoła kryzysowi demograficznemu.

Na wszystko w życiu jest dobry czas. Jednak cały życiorys spędzony na hołdowaniu filozofii hedonistycznej jest życiorysem zmarnowanym. Obojętnie ile czasu poświęcimy sami sobie, ile pieniędzy wydamy na samych siebie, ile godzin poświęcimy na wdrapywanie się po szczeblach takiej czy innej kariery, w pewnym momencie życia staniemy wobec przerażającego uczucia zmarnowanego czasu i pustki wokół. Dlatego gdy ma się 23, 26, 28, 33, 35 albo 37 lat warto podjąć decyzję o zbudowaniu rodziny. Skorzystają na tym wszyscy wokół, ale najbardziej – naprawdę – my sami. W pewnym sensie jest to więc przedłużenie postawy hedonistycznej, tyle że opartej o głębszą refleksję i noszącą dobrotliwe znamiona rezultatów działań Smithowskiego Homo Oeconomicusa.

Nie jest nigdy zadaniem liberała, aby drugiemu człowiekowi cokolwiek narzucać, zwłaszcza nie gdy chodzi o styl życia i wybór indywidualnej drogi. Dlatego też słowa te są tylko apelem, niczym więcej. Patrzcie dalej niż koniec własnego nosa, nie poświęcajcie wszystkiego karierze – nie warto! Podejmijcie ten niewątpliwie wielki wysiłek i sprowadźcie na ten świat dwójkę, trójkę, czwórkę dzieci. Dla siebie, dla waszych bliskich, dla nas wszystkich.

Niechaj to będzie „4 czerwca” naszego pokolenia, nasze dzieło dla Polski.

Czytaj również
  • K.

    Stawianie znaku równości między brakiem dzieci, a „życiorysem spędzonym na hołdowaniu filozofii hedonistycznej” jest po prostu bezczelne i paternalistyczne. Gratuluję autorowi udanej rodziny, ale polecam też uświadomienie sobie, że jej brak zwykle nie jest wyborem, tylko splotem losowych i medycznych okoliczności (zwykle niespecjalnie radosnych). A jeśli nawet nie jest, to wielu bezdzietnych ludzi poświęca się misji zawodowej, naukowej, czy pracy społecznej, a z ich dorobku korzystają wszyscy. I chyba nie warto się licytować, kto jest lepszym patriatą. Bo tak jak można spotkać skupionych na sobie singli, tak równie często świeżo upieczonych rodziców, którzy po wykorzystaniu do cna wszystkich przywilejów, nadal i w pracy, i w życiu prywatnym oczekują ulgowego traktowania, bo przecież mają dzieci. A powiedzmy sobie uczciwie, że nikt dzieci nie rodzi z troski o ojczyznę, tylko z wewnętrznej, psychicznej potrzeby doświadczenia bezwarunkowej miłości.

  • Piotr Beniuszys

    Nie rozumiem powodów tej agresji, ale takie są chyba teraz czasy, że jak się już komentuje to autorowi obuchem po głowie. Być może danie sobie spokoju z blogowaniem było dobrym pomysłem, a powrót złym?
    Z jednej strony zarzuca mi się poczynienie generalizującej supozycji, że każdy kto nie ma dzieci to zawsze hedonista, choć jasnym jest, że powody takiego stanu rzeczy mogą być i inne, a więc nie każdej bezdzietnej osobie wrzuciłem kamyk do ogródka. Z drugiej pada generalizująca opinia, że jak ktoś dzieci ma, to niechybnie tylko dlatego, że potrzebuje doświadczyć „bezwarunkowej miłości”. I co ja mam o tak skonstruowanym komentarzu myśleć? Lepiej te refleksje zostawię tym razem dla siebie.