Newt?! Really?

Drukuj

Obserwowanie tegorocznych republikańskich prawyborów prezydenckich jest dla Demokraty sporą przyjemnością. Oto trzy pierwsze potyczki w Iowa, New Hampshire i Karolinie Południowej wyłoniły trzech różnych zwycięzców. Pierwszy z nich, Rick Santorum jest raczej bez szans. To typowy skrajny konserwatysta, którego główną zaletą miałby być fakt, że jest bardzo religijny, a najbardziej znanym poglądem jest zrównywanie homoseksualizmu z zoofilią. To zbyt standardowe, aby się nad tym dłużej zatrzymywać.

Jednak dwie pozostałe postacie tego wyścigu, dwaj starsi, biali faceci, Mitt Romney i Newt Gingrich, zasługują na więcej uwagi. To pomiędzy nimi ma swój realny wybór amerykański Republikanin w 2012 roku. W czasach szalejącego kryzysu jest to nad wyraz ujmujący fakt, z którego musi cieszyć się kampanijny zespół Baracka Obamy.

Romney, który miał już nominację w garści, aż przegrał sromotnie w Karolinie Płd. z Gingrichem, to założyciel i udziałowiec firmy zajmującej się doradztwem innym firmom w zakresie racjonalizacji wydatków i restrukturyzacji. W czasach obecnego kryzysu ten profil działalności należy przetłumaczyć na potoczny język tak: zarabia ona na doradzaniu Twojemu szefowi, żeby Cię zwolnił.

Gingrich z kolei to lobbysta, który przyjął blisko 2 mln dolarów akurat od Freddie Mac, półpublicznej kredytodajni, która rozdając na prawo i lewo kredyty kupcom nieruchomości ze słynnej kategorii NINJA w decydujący sposób przyczyniła się do obecnego kryzysu.

Innymi słowy, republikanie mają taki oto wybór. Albo facet reprezentujący tych, którzy się na kryzysie obłowili w czasie, gdy inni tracili pracę i domy. Albo facet, który zarobił sporo kasy „doradzając” ludziom, którzy kryzys spowodowali, podejmować głupie decyzje. Tak w kampanijnym uproszczeniu to wygląda. Dodatkowo „tradycyjny konserwatysta” Gingrich to facet, który swoją pierwszą żonę zdradzał z drugą, lecz potem aby być wobec niej sprawiedliwy zdradzał ją z trzecią. Jedną z nich porzucił zresztą dlatego, bo zachorowała na raka i straciła na atrakcyjności. Nie wiem którą, kto by się potrafił w żonach Gingricha połapać. Nie będę udawać świętoszka, który ponad wszystko wymaga od polityka wierności małżeńskiej, ale porzucenie żony chorującej na nowotwór to – otwartym tekstem – czyste skurwysyństwo.

Podsumowując, wydawałoby się dość oczywiste, że w tym towarzystwie to Romney jest kandydatem najlepszym, najsensowniejszym i nie budzącym skojarzeń z draństwem i głupotą. Wydawałoby się, że wygra nominację w cuglach i rzuci wyzwanie prezydentowi Obamie. A jednak może być inaczej. W kuluarach Europejskiego Forum Nowych Idei (EFNI) w Sopocie w minionym wrześniu miałem okazję rozmawiać o szansach Romney’a z prof. Benjaminem Barberem. Ostrzegał on przed zbyt pochopnym przyjmowaniem, że Romney wygra. Myślałem, że tym razem wybitny profesor się pomylił, ponieważ rzeczywiście jeszcze kilka dni temu wszystko wyglądało na szybki i łatwy sukces byłego gubernatora Massachusetts. Tymczasem mamy ewidentny zwrot akcji: Partia Republikańska w Iowa ogłosiła swoją pomyłkę i post factum uznała Santorum zwycięzcą u siebie, zaś w Karolinie Romney w ciągu ostatniego tygodnia roztrwonił bardzo dużą przewagę. Sondaże dawały mu zwycięstwo ponad 10 pkt. proc., a przegrał podobną różnicą z Gingrichem. Oznacza to, że Gingrich nadrobił w tym czasie niemal 25 pkt. proc.! Barber podkreślał, że problemem Romney’a może być jego mormońskie wyznanie i to właśnie w stanach silnie konserwatywnego południa. Podczas gdy w New Hampshire w szeregach republikanów dominuje libertariański elektorat przede wszystkim zainteresowany liberalną polityką gospodarczą (którego, jak na normalnych ludzi przystało, guzik obchodzi stosunek polityków do Boga i religii), tak już w Karolinie Płd. dominują w nim przedstawiciele fundamentalnych i ultrakonserwatywnych fundamentalistów, którzy mormonom odmawiają miana chrześcijan i nie ufają im, uznając za groźną sektę.

Przedłużająca się batalia, a szczególnie zwycięstwo Ginrgricha, będą fenomenalną wiadomością dla prezydenta Obamy. Odpowiedź na pytanie o jego szanse na reelekcję brzmi na dzień dzisiejszy zdecydowanie „Yes, he can!”. Choć wszyscy w ostatnich dwóch latach powtarzali, jak ciężko będzie mu wygrać ponownie po 2012 r., to jednak uciszyli się, gdy republikanie pokazali swoich kandydatów.

Czytaj również