Ożyj i zwyciężaj, FDP!

Drukuj

Przed kilkoma tygodniami pisałem o fatalnym położeniu liberalnej partii niemieckiej FDP. Postawiłem wówczas hipotezę, że jedynym politykiem zdolnym napełnić ją nową energią i duchem walki, a w efekcie utrzymać ponad progiem wyborczym w wyborach do Bundestagu jesienią 2013 r., jest Christian Lindner. Lindner, mój rówieśnik, powrócił wtedy właśnie do aktywnej działalności politycznej i został liderem list liberałów w wyborach do landtagu najludniejszego kraju związkowego RFN, Nadrenii Północnej-Westfalii. Przejął stery kampanii w sytuacji, gdy poziom poparcia westfalskiej FDP w sondażach oscylował wokół 1,5%. Napisałem więc, że kampania ta i jej wynik będą papierkiem lakmusowym, który pozwoli ocenić, czy jest coś takiego jak „efekt Lindnera”, czy polityk ten może odwrócić losy zamierającej partii. Zarysowałem plus minus takie kryteria. 1. Jeśli wynik FDP by nie drgnął i partia zdobyłaby 2-3,5% głosów, to efekt taki nie istnieje. 2. Jeśli włączenie się Lindnera do kampanii spowodowałoby poprawę wyniku, ale bez wejścia do landtagu (3,5-5%), te efekt jest umiarkowany i Lindner powinien zostać włączony do pierwszego szeregu partii, ale na zasadzie inkorporacji w obecną strukturę. 3. Jeśli jednak Lindner pobiłby próg wyborczy w Westfalii (5-6%), to jest on materiałem na nowy numer 1 niemieckich liberałów i to natychmiast.

W niedzielnych wyborach w Nadrenii Północnej-Westfalii FDP zdobyła ponad 8% głosów…

Siedmiotygodniowa kampania Christiana Lindnera okazała się całkowitym sukcesem. Skazywana na zniknięcie ze sceny partia, nawet poprawiła nieco swój wynik i tylko za sprawą klęski CDU koalicja czerwono-zielonej lewicy zdobyła większość. W tych okolicznościach jasnym jest, że Christian Lindner powinien poprowadzić FDP do wyborów do Bundestagu. Nawet jeśli formalnym liderem pozostanie kompetentny, ale nieco bezbarwny Phillipp Roesler, to Lindner powinien być postacią pierwszego planu w kampanii oraz strategiem partii.

W zasadzie trudno jasno odpowiedzieć na pytanie, dlaczego wyborcy tak pozytywnie reagują na Christiana Lindnera. Jest to polityk o neoliberalnych poglądach, ostry i kreatywny polemista, potrafiący porywać. W tym sensie przypomina jednak skreślonego przez niemiecki elektorat byłego szefa partii Guido Westerwelle. Jednak nie bez znaczenia jest też to, że Lindner nie jest dogmatykiem. Jest dziś jednym z najbardziej prorynkowych polityków w Niemczech, ale robi wrażenie otwartego na argumenty i sensowny kompromis, co centrowa kultura polityczna Niemiec lubi. Swoją rolę odgrywa także na pewno ciągle powracające w jego wystąpieniach przekonanie o konieczności przywrócenia elementów liberalizmu obyczajowego i obywatelskiego na sztandary FDP, co byłoby wypowiedzeniem wojny o te treści liberalnym obyczajowo Zielonym, którzy stopniowo przywłaszczyli sobie ten teren w okresie czysto neoliberalnego przywództwa Otto Grafa Lambsdorffa w FDP około 20 lat temu. Lindner, gorący zwolennik stałego poszukiwania sposobów na fiskalne odciążenie obywatela, na „więcej netto w brutto”, jest przy tym gwarantem, że rezygnacja FDP z przebrzmiałego wizerunku „partii wyłącznie od obniżania podatków” nie będzie oznaczała przesunięcia w kierunku prosocjalnym, a jedynie lepsze rozłożenie akcentów partyjnej retoryki pomiędzy różne przedziały polityczne, dociążenie polityki praw obywatelskich, edukacyjnej i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, przy zmniejszeniu nieco nacisku na politykę fiskalną, budżetową, rynku pracy czy ubezpieczeń społecznych.

Od czasu zaangażowania się Lindnera w kampanię do landtagu w Duesseldorfie sondaże FDP, także w skali całych Niemiec, drgnęły nieco ku górze. Z uśrednionego wyniku różnych sondażowni w okolicach stycznia na poziomie 2% do nieco ponad 4% w ostatnich dwóch tygodniach. FDP odzyskuje szanse na przetrwanie, a Niemcy na uchronienie się przed rządem dzieci-kwiatów, piratów, kosmitów lub „Indian”.

Czytaj również