Palikot, lewica, łatwizna

Drukuj

Największym, ale antycypowanym rozczarowaniem ostatnich dni roku w polityce z punktu widzenia wyborcy o poglądach liberalnych okazały się działania Ruchu Palikota. Od czasu gdy pozycja ugrupowania w sondażach przedwyborczych stała się mocna, a zwłaszcza od chwili wejścia do Sejmu, jednym z ważnych pytań w odniesieniu do przyszłości Ruchu było pytanie o jego profil ideowy i miejsce na scenie politycznej. W mojej ocenie było to pytanie o wiele ciekawsze i istotniejsze dla kształtu polskiej sceny politycznej niż powtarzane w kółko przed media głównego nurtu pytania o przypadkowy dobór ludzi na listach wyborczych partii, albo styl uprawiania politycznej propagandy i występowania w mediach, tudzież arcyidiotyczne porównania do fenomenu Samoobrony Andrzeja Leppera. Jasnym było to, że RP będzie partią o wyrazistym przekazie w zakresie kontrowersyjnych problemów społecznych i obyczajowych (choć pozostawała wątpliwość, na ile kwestie te zostaną podporządkowane niepotrzebnie ostrej retoryce antykościelnej), ale pod znakiem zapytania pozostawał kierunek partii w zakresie polityki ekonomicznej. Zasadniczo liberalna postawa wobec przemian obyczajowych bywa w praktyce polityki europejskiej łączona zarówno z preferencją dla rozwiązań wolnorynkowych w polityce gospodarczej, jak i z preferencją dla programu budowy hojnych zabezpieczeń socjalnych. W pierwszym przypadku partie te są partiami liberalnymi, w drugim socjaldemokratycznymi, socjalistycznymi, lub ewentualnie zielonymi. Pojawienie się Ruchu, jako znaczącego aktora na scenie politycznej, zrodziło zatem z miejsca pytanie o to, czy długi okres oczekiwania na wykształcenie się w Polsce partii o profilu centrowo-liberalnym dobiegł końca.

Do niedawna wiele na to wskazywało. Na pewno w tym kierunku szły (trzeba przyznać: relatywnie nieliczne) wskazówki zawarte w kampanijnych treściach wystąpień Janusza Palikota i jego politycznych deklaracjach, a także jego własny wcześniejszy dorobek, jako polityka PO za jeden z priorytetów uznającego deregulację i ograniczenie biurokratycznych absurdów. Zresztą także w programie RP znajdziemy postulaty liberalne ekonomicznie – porzucone już nawet przez partię premiera Donalda Tuska – np. liniowy PIT. Dodatkowo Palikot wydawał się uderzać w tony analogiczne do profesorów Leszka Balcerowicza i Krzysztofa Rybińskiego, jeśli chodzi o krytykę rządu PO-PSL pierwszej kadencji w zakresie takich działań, jak demontaż OFE czy brak woli ryzyka do podejmowania takich reform jak podniesienie wieku emerytalnego. W zestawieniu z jasno postawionymi kwestiami in vitro, związków partnerskich czy rozdziału kościołów do państwa składało się to na model partii wybitnie liberalnej.

Z drugiej strony była jednak refleksja strategiczna. Prawdą jest, że w żadnym momencie historii polskie społeczeństwo nie wykazywało się znaczącą skłonnością do popierania liberalnego światopoglądu per se. Co innego można powiedzieć o światopoglądzie socjalistycznym, który posiada w polskiej historii politycznej wpływy niemałe, także jeśli całkowicie pominiemy reżim PRL-u. Natomiast co najmniej od 2005 r. obóz lewicy socjaldemokratycznej znajduje się w głębokiej defensywie i w zasadzie każdy socjolog polityki zgadza się ze poglądem, iż będąca w kryzysie partia postkomunistyczna nie organizuje wokół siebie nawet połowy potencjalnego elektoratu polskiej lewicy. Oznacza to, że jest tutaj pole do popisu na nowego środowiska, być może łatwiejsza droga do ugruntowania pozycji nowej partii na scenie, aniżeli w ulotnym liberalnym centrum.

Janusz Palikot wolałby chyba zbudować partię liberalną, wojującą o libertyński segment wyborców lewicy hasłami obyczajowymi, ale równocześnie rzucającą wyzwanie PO poprzez punktowanie jej nowo odkrytego socjalliberalizmu i głoszenie programu ekonomicznego zakrawającego wręcz na libertarianizm. (W czasie przedwyborczej debaty z Januszem Korwin-Mikkem w niejednej sprawie gospodarczej Palikot ogłosił iż zgadza się ze swoim adwersarzem). Do takiej partii mógłbym się zapisać, nawet jeśli nie najlepiej oceniam ostrość retoryki lidera RP w wielu przypadkach. Jednak zwyciężyła chyba ostatecznie kalkulacja strategiczna, a więc pomysł budowy partii lewicowej. Mocnym impulsem dla tej decyzji mógł być wybór Leszka Millera na nowego lidera formacji postkomunistycznej. Przez młodych lewicowców Miller kojarzony jest w sposób negatywny z czterech powodów: w czasie swoich rządów flirtował mocno z ekonomicznym liberalizmem, blokował projekty progresywne obyczajowo w imię rozejmu z kościołem za cenę jego wsparcia dla kluczowej idei akcesji do UE, jest uważany za seksistę i męskiego szowinistę, który dworuje sobie z feministek, no i tolerując przejawy korupcji w swoim obozie politycznym wywołał niemający końca kryzys lewicy oraz – pośrednio – spowodował sukces PiS i 2 lata budowy IV RP. Konkurencję w postaci Millera Janusz Palikot traktuje zapewne jako dodatkowe ułatwienie dla osiągnięcia pozycji niekwestionowanego lidera polskiej lewicy. Dodatkową zachętą jest też otwartość Aleksandra Kwaśniewskiego, który może Palikota uwiarygodnić w nowej roli socjaldemokraty.

Stąd więc plany zaangażowania Ruchu w pochód 1 maja, na który Palikot zamierza zaprosić na melanż robotników z jednej, zaś środowiska alternatywne i mniejszości z drugiej strony. Stąd otwartość na bratanie się z SLD i zwołanie wspólnego kongresu programowego lewicy, także z udziałem Zielonych czy bliskiego eurokomunizmowi środowiska „Krytyki Politycznej”. Wszystko to ma szanse powodzenia. Z punktu widzenia wyborcy liberalnego oznacza jednak straconą szansę na uzyskanie reprezentacji własnych poglądów przez autonomiczną partię polityczną.

Można nad tym ubolewać. Rzeczywiście jest tak, że od czasu niepowodzenia projektu Władysława Frasyniuka i Marka Belki z 2005 r. była to pierwsza potencjalna szansa na powstanie znaczącej siły politycznej o liberalnym profilu w Polsce. Gdy jednak 1 maja ziszczą się prezentowane obecnie przez Palikota plany, jasnym się stanie, że liberalny wyborca w Polsce swoje nadzieje i głosy nadal będzie musiał wiązać z lewym skrzydłem PO. Nawet jeśli oznacza to osławione „wybieranie mniejszego zła”. Inna sprawa, że wcale nie musi tak być. Być może drogą do zaistnienia w Polsce partii liberalnej nie jest powołanie nowej struktury, ale zmarginalizowanie polityków konserwatywnych w PO, a być może w perspektywie 5-10 lat wypchnięcie ich poza ramy tej partii ku radiomaryjnej otchłani.

Nad wyborem dokonanym przez Janusza Palikota można ubolewać, ale może i nie trzeba. Może to i dobrze. Nawet gdyby lider Ruchu obrał kurs liberalny i centrowy, to i tak jego styl i często zbyt napastliwa retoryka (nawet jeśli słuszna co do zasadniczej treści) byłyby formą trudną do zniesienia. Kto w poprzedniej dekadzie popierał partie Geremka, Frasyniuka czy Onyszkiewicza, mógłby odczuwać dysonans poznawczy…

Czytaj również