Papierologizacja lekarza

Drukuj

Szkoda nawet czasu, aby pisać rzeczy najzupełniej oczywiste. Takie jak to, że kilka dni przed wejściem w życie to o wiele za późno aby dopracowywać szczegóły istotnej zmiany ram funkcjonowania handlu lekami w Polsce. Albo to, że fakt trwania kampanii wyborczej i tworzenia nowego rządu (przez jednak dokładnie tą samą koalicję) to żaden powód dla urzędników średniego szczebla w jednym z resortów, aby odłożyć codzienną pracę nad owymi szczegółami i zaordynować sobie nadzwyczajny urlop w czasie faktycznego bezkrólewia. Czy też tego, że niejeden pracownik ministerstwa zdrowia rozminął się ostatnio boleśnie z prawdą mówiąc w kółko, że pacjenci będą po zmianach mieli tylko lepiej i taniej. O tym powiedziano i napisano już dość, a kto się miał skompromitować, ten się skompromitował.

Teraz warto spojrzeć na to, jak nowe porządki będą funkcjonować w praktyce. A jasnym jest, że dobrze funkcjonować nie będą. Głównie z tego powodu, że niektóre z założeń ustawy refundacyjnej są z gruntu bezczelne i absurdalne. Oto w kraju, w którym urzędnicy administracji państwa przez ponad dwie dekady mogli bez większych konsekwencji popełniać rażące błędy przy podejmowaniu decyzji (skazując przy tym na bankructwo niejeden obiecujący biznes) i przez cały ten czas niemożliwym okazywało się obarczenie ich osobiście negatywnymi finansowymi konsekwencjami tych błędów, żadnym problemem nie jest złożyć tego rodzaju odpowiedzialność na barki lekarza. W sumie ten rodzaj działania przedstawicieli reżimowego aparatu biurokratycznego, który najczęściej pisuje rządom ich ustawy, nie powinien dziwić. W końcu urzędnik popełniający błąd najczęściej czyni tak ze szkodą dla obywatela, zaś lekarz wystawiający niewłaściwie receptę na lek refundowany najczęściej ze szkodą dla budżetu NFZ, czyli finansów państwa. Dlatego jasne jest, że aparat państwa bardziej będzie skory karać drugiego z tej pary delikwentów. Bezczelne, ale logiczne w swojej prostocie.

Niestety, jest to także absurdalne. Lekarz jest człowiekiem, który przez wzgląd na swoją profesję ponosi w czasie pracy najpoważniejszy rodzaj odpowiedzialności. Dysponuje wiedzą i umiejętnościami najwyższej klasy. Materia, którą opanował, jest bardziej skomplikowana i złożona niż w przypadku wszystkich lub niemal wszystkich innych dziedzin nauki i pracy zawodowej. Czyni go to wyjątkowym profesjonalistą o bardzo potrzebnych społeczeństwu i bardzo poszukiwanych zdolnościach. Wszystko to zaś czyni jego czas pracy niezwykle cennym. A czasu tego, przynajmniej w publicznej służbie zdrowia, z której korzysta gros z nas, nie mamy w nadmiarze, o czym świadczą długie kolejki i zablokowane niekiedy na całe miesiące do przodu terminy wizyt, zwłaszcza u specjalistów. Wydawałoby się, że homo naprawdę sapiens będzie dążył do tego, aby z dostępnego za ograniczone środki publiczne czasu pracy lekarza wycisnąć każdą możliwą minutę, tak aby skorzystać mogło jak najwięcej pacjentów, albo aby przy tej samej liczbie pacjentów (określonej słynnymi NFZ-towskimi limitami, punktami, kwotami, etc.) średnia ilość czasu na badanie była jak najdłuższa, przez co wywiad medyczny i badania będą doskonalsze, błędy i pomyłki rzadsze, a nasze zdrowie lepsze. Niestety homo często słabo sapiens, dlatego absurdy się zdarzają. Takim właśnie absurdem jest już sama sugestia, aby lekarz poświęcał swój cenny czas na ustalanie tego, czy jego pacjent uprawniony jest do takiego czy też śmakiego poziomu refundacji określonego leku. Idiotyzmem jest obarczanie lekarzy papierkową robotą, której już teraz mają mnóstwo. Protest środowiska lekarzy jest więc całkowicie uzasadniony, zaś każdy pacjent i potencjalny pacjent, który idiotą nie jest i swój własny interes rozumie, powinien go poprzeć.

Świat polityki od czasu do czasu lubi wywierać na lekarzy presję, ustawiać ich w szeregu. Ponieważ bez nich grozi ludziom katastrofa, zwykle presja ta zawiera w sobie sugestię przymusu pracy. Albo też bliżej nieskonkretyzowanych „konsekwencji”. Jako obywatel, pacjent i rodzic małych pacjentów proszę jednak uprzejmie acz stanowczo wszelkich biurokratów, ministrów, posłów, a nawet premierów, aby swoje groźby pod adresem lekarzy zachowali dla siebie. 

Czytaj również