Pas de rêves, messieurs

Drukuj

Wyniki I tury wyborów do francuskiego Zgromadzenia Narodowego ostatecznie rozwiały złudzenia co do szans na polityczne przetrwanie na tamtejszej scenie politycznej liberalnego centrum w formule niezależnego środowiska politycznego. W zasadzie pod grubym znakiem zapytania jego przetrwanie stanęło już w następstwie poprzednich wyborów niższej izby parlamentu w 2007 r., gdy Ruch Demokratyczny (MoDem) François Bayrou zdobył zaledwie garstkę mandatów. Ordynacja wyborcza we Francji skazuje liczne partie do szeregowania się w dwa bloki, które jako jedyne mają realne szanse na zdobycie mandatów. A póki istnieje Front Narodowy z poparciem grubo ponad 10% wyborców, póty nikt nie zaproponuje przejścia na ordynację proporcjonalną. W warunkach współczesnych bowiem utrzymywanie wyborów większościowych z dwoma turami (gdzie do drugiej wchodzą kandydaci z poparciem powyżej 12,5% głosów, a więc co najmniej co ósmego wyborcy) jest narzędziem służącym utrzymaniu skrajnej prawicy poza parlamentem, obojętnie czy głosuje na nią 10 czy 20% Francuzów. Ordynacja proporcjonalna oczywiście natychmiast otwarłaby partii Marine Le Pen szeroko drzwi do ław deputowanych.

Idea niezależnej partii centrowej miała w zasadzie sens. Jej lider uzyskał w wyborach prezydenckich w 2002, 2012, a przede wszystkim 2007 r. znaczące poparcie. W głosowaniu proporcjonalnym, takim jak ostatnio wybory do Parlamentu Europejskiego 2009, partia także potrafiła zdobyć niemałe poparcie, pomimo narastającego już wówczas kryzysu. Jednak brak szans na mandaty w Zgromadzeniu w obecnym systemie wyborczym stał się w końcu faktem uświadomionym przez elektorat, w efekcie czego wynik partii zanurkował także jeśli chodzi o odsetek oddanych głosów – do poziomu ok. 1,5%. Najprawdopodobniej w nowym Zgromadzeniu nie będzie więc żadnego przedstawiciela MoDem, także Bayrou znajdzie się poza parlamentem.

Do 2002 r. na francuskiej centroprawicy istniała wielość partii politycznych, które w większościowych wyborach nie rywalizowały ze sobą, a „dzieliły” okręgi pomiędzy siebie i wspierały swoich kandydatów nawzajem. Jedną z tych partii była UDF, federacja kilku ugrupowań, niektóre z nich o liberalnym profilu programowym. Jednak po swojej reelekcji w 2002 r. Jacques Chirac postanowił scalić całą centroprawicę w jednej partii masowej. Tak na bazie jego neogaullistowskiego RPR powstała Unia na Rzecz Ruchu Ludowego UMP. Unia stała się monopolistą i wchłonęła większość środowisk pluralistycznej uprzednio centroprawicy, w tym np. liberalną partyjkę Alaina Madelina, Demokrację Liberalną. Do UMP wciągnięto także dużą część UDF. Wielu działaczy przyjęło członkostwo nowej partii, część założyła teoretycznie odrębne partie satelickie, takie jak Nowe Centrum. Bayoru postanowił pielęgnować ideę niezależnego i liberalnego centrum i przekształcił pozostałości UDF w MoDem.

Argumentem za tą strategią była autentyczna odmienność programowa, która nie pozwalała centrystom, pomimo mantry i koślawych kompromisów zawartych przez Nowe Centrum, na naturalną koegzystencję z konserwatywną większością w UMP (lub, podobnie, z socjalistami w ramach ich sojuszy wyborczych, tzw. „pluralistycznej lewicy”). Problem nasilił się w ostatnich latach, gdy nowy szef UMP, prezydent Nicolas Sarkozy, począł dużo częściej niż Chirac sięgać po retorykę z arsenału lepenowców. W ostatecznym rozrachunku jednak decydującym argumentem przeciw strategii MoDemu okazał się „żelazny argument” politycznej skuteczności podnoszony niestrudzenie przez lidera NC Hevré Morina: bez sojuszu politycznego z UMP (lub PS), kandydaci centrum nie są w stanie wygrywać w jednomandatowych okręgach. Obojętnie jak świetny jest ich program.

Nie ulega wątpliwości, że Bayrou jest politykiem popularniejszym od Morina, zaś MoDem (przynajmniej do niedawna) miał stale wyższe poparcie od NC. Jednak to NC zdobywa mandaty z labelem satelity UMP, zaś centryści niezależni stale ponoszą klęski.

Obecne wybory już wywołały w MoDem dyskusję o gruntownej zmianie strategii w przyszłości. Pozostawanie niezależną siłą polityczną przestaje być realną opcją, chyba że dziesiątki tysięcy działaczy MoDem w całej Francji zadowolą się rolą nie tyle aktywnych polityków, co politycznych komentatorów. Póki we Francji obowiązuje taka, a nie inna ordynacja wyborcza, póty centrum niezależne nie zaistnieje. Okazuje się to jeszcze trudniejsze niż w Wielkiej Brytanii, gdzie Liberalni Demokraci mają podobnie pod górkę, ale korzystają z większych różnic w poparciu dla partii, jakie występują tam pomiędzy regionami kraju. We Francji to zjawisko jest słabsze, a jeśli występuje, to dotyczy wyłącznie wahań poziomu poparcia dwóch zasadniczych bloków, „prawicy” i „lewicy”.

Jest jasne, że MoDem musi sprzymierzyć się z UMP lub PS, albo stanie się jedną z setek kolorowych partii francuskiej sceny politycznej zupełnie bez znaczenia dla realnej polityki. I tu czeka kolejny problem, ponieważ trudno spodziewać się zgody pomiędzy działaczami co do wyboru partnera. Powszechny szacunek dla Bayrou czyni go dla obu wielkich partii partnerem pożądanym. Jednak argument na rzecz pójścia w stronę PS, który od niedzielnej klęski daje się słyszeć z pierwszego szeregu MoDem, najlepszy nie jest. Nie można nagle popaść w pełny pragmatyzm i wybrać sojusznika tylko ze względu na ideę „dołączenia do aktualnej większości prezydenckiej”. Potrzeba jest analiza głębsza: jakie elementy programu liberalnego uda się zrealizować w tym, a jakie w alternatywnym sojuszu? Które elementy należy uznać za priorytet (Europa? oświata? reforma konstytucyjna?), a które można na kilka długich lat odłożyć ad acta? I na podstawie tych wniosków dokonać mądrego wyboru. Argumentem na rzecz UMP jest osłabienie tej partii w wyniku tegorocznej klęski politycznej. Być może oznacza to szansę na silniejsze odciśnięcie centrystycznego piętna na jej strategii? Z drugiej strony Unia poddaje się działającej w przeciwnym kierunku logice wyścigu z Frontem o prawicowego wyborcę. Może więc jednak socjaliści, gdyż rzeczywiście tylko sojusz z nimi otwiera szansę na realizację elementów programu w najbliższych pięciu latach? Ale jednak pytanie brzmi, na ile można się podpisać pod ich programem rozrzutności budżetowej?

Trudne dylematy, ale pewne jest jedno. Dotychczasowa droga wiedzie, niestety, donikąd.

Czytaj również