Po Dniach Ateizmu

Drukuj

Ateistą nie jestem, ale jest dla mnie dość oczywiste, że takie inicjatywy jak Dni Ateizmu, które w tym roku odbyły się po raz pierwszy w Polsce, są potrzebne.  Z punktu widzenia człowieka wierzącego, „niedowiarkowi” czegoś brakuje. W sposób naturalny pojawia się więc tendencja do traktowania siebie za kogoś lepszego ze względu na posiadaną łaskę wiary. To droga na manowce z trzech fundamentalnych powodów. Po pierwsze, z logicznego punktu widzenia, prawdziwości swojej wiary nie możemy być całkowicie pewni aż do końca życia. Dlatego jest ona wiarą, nie wiedzą opartą na naukowym poznaniu i dowodach. Skoro zaś tak jest, to nie można wykluczyć, że to niewierzący lub innowiercy są bliżsi prawdy o istocie wszechrzeczy. Po drugie, ze społeczno-politycznego punktu widzenia, w polskim porządku konstytucyjnym równouprawnienie ludzi różnych wyznań i bez wyznania winno być oczywistą zasadą funkcjonowania państwa i życia społecznego. Po trzecie wreszcie, z punktu widzenia osoby wierzącej i chrześcijanina, miłość bliźniego obejmuje wszystkich ludzi, nie tylko współwyznawców, a personalistyczne ujęcie osoby ludzkiej całkowicie wyklucza jakiekolwiek wartościowanie i kategoryzowania ludzi na lepszych i gorszych, z dowolnego powodu.

Tyle teoria. W praktyce mamy do czynienia z nieustającą próbą upolityczniania religii i czynienia z niej obucha do bicia po głowach politycznych przeciwników, charakteryzowanych w tej narracji na „gorszych” katolików, a więc gorszych patriotów, Polaków, etc. Ponadto kościół hierarchiczny trwa (i od kilku lat zagłębia się) w błędzie, polegającym na przekonaniu, iż droga do spełniania misji wiedzie przez poszerzanie swoich politycznych wpływów i realizacji ewangelizacji rękami politykierów i uchwalanych przez nich aktów prawa państwowego. Duchowni chętnie pozwalają zaprzęgać siebie, kościół i wiarę w brudną walkę polityczną, licząc na uzyskanie w zamian od politykierów całkowitej lojalności i podatności na dyktowanie konkretnych rozwiązań prawnych, czasami dotykających sfery moralności społecznej, ale nader często niewykraczających poza przyziemność interesów czysto doczesnych. Chętnych znajdują co nie miara, ponieważ w bezdyskusyjnie najtrywialniejszy ze sposobów ułatwiają robienie politycznych karier najmierniejszym z prawicowych polityków.

Poczucie dominacji i instrumentalne traktowanie samej wiary powodują, że odpowiednio drugi i trzeci powód dla poszanowania innowierców i niewierzących znikają. Na logikę można też machnąć ręką i znika powód pierwszy. Produktem tego rodzaju buty i arogancji jest wówczas JE Krystyna Pawłowicz, która najnormalniej orzeka, że dla ateistów nie ma w Polsce miejsca, a swoje imprezy mogą oni odbywać tylko poza granicami kraju.

Pawłowicz jest tak groteskowa i komiczna w swojej bufonadzie i wynurzeniach, że z punktu widzenia zwolenników wolności religijnej i równouprawnienia konfesyjnego przybiera ona kształty pożytecznej idiotki. Jej istnienie w debacie publicznej i treści przez nią wygłaszane, które nie budzą żadnego protestu czy krytyki ze strony partyjnych koleżanek i kolegów reprezentujących, bądź co bądź, główną partię opozycyjną i być może następny rząd RP, są żywym dowodem potrzeby postawienia problemu sytuacji polskich ateistów w dyskusji. Żaden przyzwoity człowiek, w tym żaden katolik, który cokolwiek rozumie z własnej religii, nie może przystać na to, aby ludzi wierzących inaczej lub wcale traktować jak drugą kategorię. Trzeba podkreślać, zgodnie z zapisem Mazowieckiego w preambule naszej konstytucji, że uniwersalne wartości naszej cywilizacji, można czerpać także z innych źródeł poza wiarą w Boga. Nie dopuścić, aby fanatycy chcący w gruncie rzeczy krzywdy drugiego człowieka decydowali o obliczu polskiego Kościoła. Sposób, w jaki traktujemy i odnosimy się do innowierców i ateistów, mówi o nas, nie o nich. To jest miara przyzwoitości i test, który od wielu lat wypada raczej słabo.

Taka logika.

Czytaj również