Pomieszane & poplątane

Drukuj

W ostatnich dniach miałem okazję przeczytać tekst kolegi po fachu, felietonisty „Liberté!”, Pawła Lutego na temat jakości stosowanej w Polsce retoryki politycznej. Autor porównał styl, jaki cechował czy cechuje dwie postaci kojarzone w Polsce z liberalizmem, prof. Bronisława Geremka i Janusza Korwin-Mikkego (http://lubczasopismo.salon24.pl/czerwono-zieloni/post/245464,pawel-luty-geremek-czy-korwin-mikke). Oczywiste jest, że jest to kontrast jaskrawy, w rzeczy samej trudno o większą różnice stylu prowadzenia debaty. Jednak zdecydowanie większe zainteresowanie czytelników tego artykułu wzbudziło samo zaliczenie obu tych postaci do szeroko rozumianego liberalizmu, choć autor sam zastrzegł, że nurty przez nie reprezentowane są bardzo odmienne.


Ciekawy wkład w dyskusję na temat kwalifikowania takich czy innych poglądów do kategorii liberalizmu wniósł swoim komentarzem do tekstu Pawła Lutego użytkownik przedstawiający się jako Łukasz Stefaniak, który prowadzi bloga pod adresem http://lukaszstefaniak.salon24.pl/. Zasugerował on, że zamieszanie wokół tego pojęcia i jego politycznego znaczenia jest bardzo duże, a Polacy są przez to już „całkowicie skołowani” (warto dodać: nie tylko Polacy). Ma pod tym względem rację. Słuszność przyznaję mu także, gdy pisze, że równoczesne zaliczenie Geremka i Korwin-Mikkego do liberałów prowadzi do „całkowitych wypaczeń” (inna sprawa, że tą drogą rozumowania podążają wszyscy autorzy prac naukowych na temat liberalnych partii politycznych w Polsce po 1989 roku).


Nie zgadzam się jednak z jego sugestią, że należy zrezygnować z europejskiej terminologii w określaniu światopoglądowego profilu partii oraz polityków i przerzucić się na amerykańską. Bowiem to właśnie amerykańskie nazewnictwo jest ułomne. Stefaniak przypomina, zasadniczo zgodnie z faktami, że Amerykanie mianem „konserwatysty” określają konserwatywnych liberałów i libertarian, natomiast „liberał” w ichnim rozumieniu jest socjaldemokratą czy socjalistą w pojęciu europejskim. Tak jest, jeśli pominie się niuanse, w istocie. Pytanie jednak brzmi, dlaczego tak jest?


Najbardziej kontrowersyjne i odróżniające obie strony Atlantyku jest nazwanie zwolennika wysokich wydatków publicznych, niemałych podatków i rozbudowanych funkcji socjalnych państwa przez Amerykanów „liberałem”. Źródłem tej praktyki są kwestie czysto językowe oraz różnice w rozwoju idei politycznych na obu kontynentach, których przyczyną był naturalnie zupełnie inny przebieg historii. Podczas gdy w tradycji europejskiej, w tym także angielskojęzycznej, brytyjskiej, liberalizm jest pojęciem wywodzącym się ze ścisłego związku z ideą wolności, w tym zgodnie z ideami Adama Smitha wolności gospodarowania, w tradycji amerykańskiej w stosowaniu tego terminu nad filozoficznym przeważył aspekt językowy. Przymiotnik liberal ma w języku angielskim bowiem także znaczenie potoczne, nie związane bezpośrednio z kwestami politycznymi czy filozoficznymi. Można powiedzieć na przykład, że dokładka zupy, którą ktoś sobie wlał, była „liberalna”. Nie znaczy to naturalnie, że zupa jest zwolenniczką obniżenia podatków, albo rejestracji związków partnerskich. Znaczy to, że dokładkę stanowiła spora porcja, na przykład bogata we wkładkę mięsną. Innymi słowy przymiotnik liberal jest w języku angielskim jednym z synonimów słowa „szczodry”.


Skoro tak, to można zrozumieć dlaczego w odniesieniu do poziomu wydatków z budżetu państwa słowo liberal zaczęło tam oznaczać wysokie wydatki. Budżet „liberalny”, w rozumieniu „szczodry”, to budżet redystrybujący dużo środków, w tym oczywiście na cele socjalne. Taki zaś budżet wymaga wysokich podatków i danin, te zaś są oczywiście ograniczeniem wolności gospodarczej i przyczyniają się do rozrostu funkcji socjalnych państwa, a co za tym idzie jego biurokracji. W ten oto sposób Amerykanie doszli do, kuriozalnego z naszego punktu widzenia, określania socjaldemokratycznego modelu gospodarowania środkami publicznymi mianem „liberalny”.


Nie ma więc do końca racji Stefaniak, gdy pisze, że amerykańskie pojęcie liberalizmu wiąże się wyłącznie z liberalizmem moralnym (czyli etyczno-społecznym w stosowanej przeze mnie terminologii). To znaczy ma rację, ale nie uwzględnia przyczyny tego stanu rzeczy. Jest tak w USA, ponieważ w zakresie problematyki obyczajowej być szczodrym (liberal) oznacza nie ograniczać swobody w kreowaniu przez człowieka jego własnego stylu życia i być tolerancyjnym wobec jego życiowych wyborów. Natomiast w zakresie polityki ekonomicznej być szczodrym (liberal) oznacza szastać dobrotliwie pieniędzmi.


Pierwszym powodem, dla którego opowiadam się ze uściśleniem europejskiej terminologii, a przeciwko przejściu na terminologię amerykańską, jest to, że źródła amerykańskiego pojęcia słowa liberal są prymitywne, wywodzą się ze słownika potocznego. Drugi powód jest taki, że słowo „socjaldemokrata” po prostu lepiej niż „liberał” opisuje osoby o centrolewicowych poglądach w państwach Europy, zwyczajnych wyborców SPD, PS, Labour i innych tego rodzaju partii. Trzeci zaś powód jest najważniejszy.


Gdyby przyjąć proponowaną przez pana Łukasza Stefaniaka terminologię, to wprowadzimy ostry, dwubiegunowy podział światopoglądowy, który w warunkach europejskich jest bezzasadny. Stracimy z oczu niuanse, które wynikają z tego, że Europejczycy dzielą się na więcej aniżeli dwie grupy. Według propozycji zza Atlantyku „konserwatystą” będzie człowiek o konserwatywnych poglądach społeczno-etycznych i liberalnych poglądach ekonomicznych. „Liberałem” zaś osoba liberalna w sprawach społeczno-etycznych, a socjalistyczna w kwestiach ekonomii. A co z tymi, którzy wykraczają poza ten schemat? Stefaniak sam zauważa problem z określaniem PiS jako partii prawicowej, a więc według amerykańskiej terminologii „konserwatywnej”. Taka nie jest, bo nie jest liberalna ekonomicznie. Ale przecież nie zaliczymy jej do „liberałów”, bo nie jest permisywna w zakresie społeczno-obyczajowym. W końcu co z ludźmi, bardzo w Europie licznymi, którzy mają liberalne (prorynkowe) poglądy ekonomiczne, ale równocześnie też liberalne poglądy społeczno-obyczajowe?


Czy nie byłoby lepiej pozostać przy europejskim pojęciu słowa „liberał”, ale je uściślić? Niechaj liberałem jest ten, kto ma liberalne poglądy we wszystkich dziedzinach. Do tej kategorii nie pasują szczodrzy „liberałowie” z Ameryki, ani też „wolnościowcy”, konserwatywni libertarianie w rodzaju Janusza Korwin-Mikkego. Owszem, można wiecznie spierać się o to, kto ma prawo do znaczka. Dawny lider UPR słusznie wskaże na bezsprzeczny fakt, że liberalizm klasyczny z pierwszej połowy XIX wieku był bardziej podobny do jego dzisiejszych poglądów aniżeli do poglądów Guido Westerwelle, Alexandra Pechtholda, Guy Verhofstadta, Francois Bayrou czy Nicka Clegga. Dobrze, więc jeśli chce uchodzić koniecznie za liberała, niech się zabierze za produkcję wehikułu czasu. Idee, wszystkie, ulegają modyfikacjom. Może się taka ewolucja nie podobać, można do końca życia słuchać Pink Floyd, a obruszać się na Pearl Jam, albo wiecznie słuchać Pearl Jam, a obruszać się na 30 Seconds To Mars. Ale rzeczywistość i fakty historyczne zaakceptować trzeba. Wydaje się, że pan Stefaniak (choć nie mam pewności czy jest zwolennikiem JKM), to właśnie akceptuje. Sugeruje, aby zrezygnować z labelu „liberalizm” skoro uległ on, niepożądanej z jego punktu widzenia, znaczeniowej ewolucji i nazwać się „konserwatystą” w rozumieniu amerykańskim, a więc zwierającym ekonomiczny neoliberalizm. Jednak ewolucja idei liberalnej, nie czyni ze współczesnego europejskiego liberalizmu tego samego czym jest socjaldemokracja. Różnice są, a w czasach kryzysu finansów stały się jeszcze bardziej znaczące, czego dowodem będą choćby teksty w mającym się niebawem ukazać VI numerze drukowanego „Liberté!”, którego przedsmakiem jest opublikowany już 20 numer internetowego „Liberté!”. Dlatego kopiowanie amerykańskiego nazewnictwa nie ma sensu. Skończyłoby się to tym, że prawdziwi liberałowie (tacy jak np. przegrana kandydatka republikanów do Senatu z Connecticut, Linda McMahon) musieliby, tak jak to widzimy w USA, stosować formułę „ethical liberal – fiscal conservativedla nazwania własnych poglądów. Trzymajmy się własnych pojęć, bo mamy lepsze. Tylko korzystajmy z nich przezorniej i rzekłbym oszczędniej.

Czytaj również
  • http://kotwgolebniku.blogspot.com/ kot_w_gołębniku

    Słowo liberał niestety niewiele dziś znaczy. Dlatego postuluje wszędzie gdzie się da używać innych określeń: socjaldemokrata, libertarianin, konserwatysta itp. a słowu liberał pozwolić odejść do lamusa. Inaczej wciąż będziemy brnąć w spory językowe.

  • Piotr Beniuszys

    W istocie, w spory takie będziemy brnąć, jeśli jedni, jak w USA, będą chcieli zwolenników wysokiego poziomu redystrybucji nazywać „liberałami”, zaś inni – jest ich niemało w polskim internecie – mianem „liberała” będą określać katolickich integrystów, skrajnych konserwatystów obyczajowych, którzy chodzą na marsze wraz ze środowiskami neofaszystowskimi. Jeśli zaś przyjmiemy, że liberał ma liberalne poglądy i na gospodarkę, i na problemy obyczajowe (a do takiej osoby nie pasuje ani „konserwatysta”, ani „socjaldemokrata”, ani „libertarianin”), to łatwo się w tym połapiemy. Chyba że koniecznie wszystkie grupy, które tam czy ówdzie określa się tym mianem, będą rościć sobie doń prawa, gdyż uznają je za zaszczytne. Wtedy mamy zagwostkę.

  • http://kotwgolebniku.blogspot.com/ kot_w_gołębniku

    Nie widzę szans na popularyzację jednego znaczenia, dowolnie którego z nich. Każda grupa myśli co innego mówiąc liberał. To po prostu różne języki. Do tego dochodzi jeszcze bezsensowne neoliberał lewicy (neosocjalistów?) i mamy poplątanie. Dlatego pozostanę przy niestosowaniu tego terminu i odradzam jego używanie.

    • Piotr Beniuszys

      Dlatego też, pojęcie „liberał” jest zwykle uściślane różnymi przymiotnikami. Proszę jednak nie twierdzić, że nieużywanie tego pojęcia nie generuje problemów znaczeniowych. Także generuje. Może na przykład prowadzić do wrzucania do jednego worka z napisem „socjaldemokrata” radykalnych lewicowców związkowych opowiadających się za etatyzacją gospodarki i umiarkowanych centrowych liberałów modyfikujących tylko niektóre elementy neoliberalnej wizji programu ekonomicznego.
      Prawda jest taka, że scena polityczna Europy w ideowego punktu widzenia jest wielonurtowa i wielobarwna. Nie daje się podzielić na dwa obozy, a nawet i na cztery, pięć. To skomplikowana materia i żaden label nie rozwiąże tego problemu ot tak. Zawsze konieczne będzie uściślenie swoich poglądów w kluczowych punktach.
      W każdym razie, my dwaj jesteśmy juz o tyle do przodu, że znamy swoje podejścia do problemu. Gdy więc będziesz w przyszłości jeszcze czytać moje teksty i natkniesz się w nich na słowo „liberał”, będziesz wiedzieć, co ten konkretny autor ma na myśli i przełożysz to na swój porządek opisywania świata polityki.
      Pozdrawiam.