Potomstwo towarzysza Wiesława

Drukuj

Dla pisowskiej mentalności jest czymś oczywistym, że Niemiec musi być na zawsze ustawiony w roli wroga Polski w prawicowym teatrze politycznych złudzeń. Okoliczności i konteksty wchodzenia z nim w śmiertelny spór są trzeciorzędne.

PiS ile sił stara się urzeczywistniać swój program polityczny. Niektóre jego elementy są jednak trudne w realizacji, brakuje środków finansowych w budżecie państwa, pewien problem stanowią nawet także deficyty merytoryczne ekipy tej partii. Ale są na szczęście jeszcze takie zamierzenia, które można podjąć bez większych przeszkód. Należy do nich rujnowanie stosunków polsko-niemieckich. Partii władzy udało się osiągnąć ten cel koncertowo w latach 2005-07, a teraz bije ówczesny rekord, zarówno w sensie tempa dekompozycji, jak i jej wymiaru.

Dla pisowskiej mentalności jest czymś oczywistym, że Niemiec musi być na zawsze ustawiony w roli wroga Polski w prawicowym teatrze politycznych złudzeń. Okoliczności i konteksty wchodzenia z nim w śmiertelny spór są trzeciorzędne. Niemcy wybrali kiedyś narodowy socjalizm, stworzyli III Rzeszę, rozpętali wojnę, zadali Polsce niezmierzoną ilość krzywd i cierpień, przeprowadzili na polskiej ziemi zasadniczą część Holokaustu (dla wielu zwolenników „narodowej prawicy”, takie mam wrażenie, lokalizacja tej machiny zbrodni była większą przewiną Niemców niż dokonana przez nich selekcja największej grupy ofiar, ale to inny temat). Ponieważ wszystko to uczynili, to nie mają prawa, już nigdy, w żaden sposób krytykować Polski i jej władz (zwłaszcza prawicowych). Nie mają znaczenia ich argumenty, nie ma znaczenia temat, nie ma znaczenia nawet relacja osi współczesnego sporu do właśnie tych historycznych win Niemiec. Nie ma żadnego znaczenia, że Niemcy usiłują powstrzymać procesy demontażu konstytucyjnego państwa prawa w Polsce, ponieważ obawiają się konsekwencji. Jest nieistotne, że właśnie ich własne gorzkie doświadczenia historyczne uczą ich, że powinni protestować, perswadować i namawiać do korekty kursu obecnej polskiej władzy. Otóż Niemcy wiedzą, jak wielką krzywdę uczynili ich przodkowie innym narodom Europy. Wiedzą, że zbrodnia stała się możliwa tylko dlatego, że wcześniej wewnątrz ich kraju zatriumfowała dyktatura totalna. Wiedzą, że dyktatura totalna wygrała, ponieważ wcześniej udało się zdemontować prawne ograniczenia dla kumulowania władzy w jednych rękach, ponieważ degradacji uległ od 1930 r. konstytucyjny model liberalno-demokratyczny Republiki Weimarskiej.

Gdy widzą podobne procesy gdziekolwiek na świecie, to reagują alergicznie i pragną je powstrzymać. Są, jak sami mawiają, „sparzonym dzieckiem”. Oczywiście obecna polska władza twierdzi, że państwa prawnego nie demontuje, że jej zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, w służbie cywilnej, w mediach, za moment w uprawnieniach służb, ustawie „antyterrorystycznej”, w wychowaniu młodzieży, to normalne decyzje, do których jest ona uprawniona na podstawie wyborczego mandatu z jesieni 2015 r. Problem w tym, że tak twierdzi tylko władza i jej topniejąca już dostrzegalnie gromada akolitów. Reszta społeczeństwa, w tym rzesza polskich specjalistów od problematyki prawno-ustrojowej, ma w tej dyskusji identyczne zdanie jak politycy z Niemiec (i nota bene wielu innych krajów Europy). Trudno więc podtrzymać tezę, że wypowiedzi zagraniczne są wynikiem „braku wiedzy” o sytuacji w Polsce.

Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, niż chcieliby reżimowi propagandyści. Wypowiedzi europejskich, w tym niemieckich polityków nie są „antypolskie”. Polityka tego rządu nie jest uosobieniem polskości, pozbawienie TK realnych praw kontroli konstytucyjności ustaw nie jest uosobieniem polskości, pozbawienie w ten sposób obywateli bezpieczeństwa w postaci narzędzi ochrony ich konstytucyjnych praw i wolności nie jest uosobieniem polskości. Wypowiedzi europejskich polityków nie są „antypolskie”, tylko „antypisowskie”. I jako takie są w sposób w najwyższym stopniu oczywisty w interesie obywateli, Oni potrzebują ochrony ich praw przed zakusami aparatu władzy, którego zamierzenia zdradza choćby kształt ustawy o inwigilacji m.in. Internetu. Polskość jest atrybutem, który przynależy i obywatelom spod znaku KOD, i obecnej władzy. Pomimo istnienia tak głębokich podziałów, jest ona nam wspólna. Dlatego opowiedzenie się po stronie jednych, a przeciwko drugim nie może być „antypolskie”.

Sfera uprawnień i przywilejów władzy oraz sfera praw i wolności obywatelskich tworzą relację, która, siłą rzeczy, ma charakter stałego napięcia. Tak jest w każdym ustroju, także najbardziej wolnościowym, liberalnym i demokratycznym. Ludzie są tylko ludźmi, niewielu wśród nich aniołów, a wśród parających się polityką jest tych aniołów statystycznie mniej, niż gdzie indziej. Dlatego właśnie ograniczamy uprawnienia władzy prawem, niwelujemy jej możliwość podejmowania działań arbitralnych. Konstytucja jest narzędziem regulującym relację władza-obywatel. Gdy władza to narzędzie pozbawia efektywności, relacja się załamuje. Siła jest tylko po jednej z tych stron. Gdy znikają bezpieczniki, relacja ta staje się w efekcie relacją typu lis-kurnik.

Niemcy mają takie samo prawo, aby sytuację w Polsce komentować i krytykować, jak Belgowie, Holendrzy czy Duńczycy. Nikt nie może obecnemu pokoleniu niemieckich polityków czy publicystów, którzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za narodowy socjalizm i jego zbrodnie (a niekiedy wywodzą się z partii, które były przez tamten system prześladowane), zamykać ust. To tylko kolejny przejaw podejścia ludzi obecnej polskiej władzy do wolności słowa, debaty i wymiany myśli. Podejścia, które usiłuje uciszać kolejne grupy przeciwników pod różnymi, wydumanymi pretekstami.

Czytaj również
  • Marcin Punpur

    Bardzo dobry tekst! „Dziadek z Wehrmachtu” wiecznie zywy :)