Republikanie u kresu

Drukuj
via theskunk.org

W amerykańskiej polityce od czasu wojny secesyjnej funkcjonują dwie partie polityczne, które parokrotnie zmieniały swoje oblicze. Gdy spojrzeć na ich historię nie wyłania się logicznie ustrukturyzowana ciągłość, obserwujemy procesy zmieniające profile ideowe tych partii i ich zasadnicze role w amerykańskiej polityce. W odniesieniu do drugiej połowy XIX w. można wręcz utrzymywać, że partie te zamieniły się na scenie politycznej miejscami: do czasów Teddy’ego Roosevelta, a przed wilsonizmem, to republikanie byli stroną bardziej progresywną pod wieloma względami.

Dlatego zawarta w tym tekście teza, że wybory 2012 r. stanowiły sygnał początku końca Partii Republikańskiej nie jest tożsama z twierdzeniem, że partia ta zniknie z amerykańskiej polityki. Teza ta oznacza raczej, że zmieniające się warunki wymuszą na niej daleko posunięte zmiany i gruntowne przewartościowanie ideologiczne, podobne do przełomów z przeszłości. Partia Republikańska, jaką była i jest do tej pory, traci rację bytu.

Sondaże jeszcze kilka dni przed głosowaniem pokazywały tendencję, która mogła dać zwycięstwo kandydatowi republikanów na prezydenta, do końca pokazywały, że wyścig jest zacięty. A jednak Mitt Romney nie tylko po prostu przegrał wybory z Barackiem Obamą, ale poniósł całkowitą klęskę. Tylko tak można nazwać przegraną w 9 z 10 stanów battleground i wynik tylko minimalnie lepszy od rezultatu Johna McCaina w 2008 r. Wtedy McCain występował w roli kandydata partii będącej u władzy od 8 lat, której odchodzący prezydent był najgorzej ocenianym u kresu urzędowania w historii USA, miał na karku kryzys gospodarczy, który był przez opinię publiczną także przypisywany prezydentowi – partyjnemu koledze. Za przeciwnika miał człowieka-fenomen, powszechnie podziwianego, nadzieję na zmiany, niemalże „Mesjasza” polityki, którego przemówienia wyciskały łzy z oczu najtwardszych mężczyzn. W końcu przeciwko McCainowi głośno występowała historia w postaci perspektywy wyboru pierwszego ciemnoskórego obywatela na najwyższy urząd w państwie. Romney miał natomiast za przeciwnika co prawda tego samego człowieka, ale odczarowanego, pozbawionego aury polityka nadprzyrodzonego, prezydenta, który nie zbawił Ameryki, nie pokonał kryzysu, zawiódł dużą część pokładanych w nim oczekiwań, a do kampanii stawał z danymi ekonomicznymi (poziom bezrobocia) przy których nikt nigdy nie uzyskał reelekcji. Romney, inaczej niż McCain, mógł wykorzystać kryzys jako broń ofensywną, na najważniejszym polu problemowym tej kampanii (polityce gospodarczej) był uważany za bardziej kompetentnego kandydata. Pomimo tych o niebo lepszych warunków startowych „odbił” Obamie dla GOP tylko Indianę i Karolinę Północną. Oto rozmiary tej klęski widziane w adekwatnej perspektywie.

Czy wynikało to ze słabości personalnej kandydata? Częściowo tak. Romney był kandydatem słabszym niż McCain. Był jednak także najlepszym realnie do pomyślenia. McCain, ani żaden podobnie centrowy republikanin jak on, nigdy, w żadnym wypadku nie uzyskałby partyjnej nominacji w prawyborach ’12. W 2008 r. republikanie szli do wyborów ze świadomością nieuchronnej porażki, więc wybrali kandydata nie najbliższego ich sercom, a dającego jakieś nadzieje na zmniejszenie rozmiarów klęski. W tym roku mieli nadzieje na zwycięstwo. W międzyczasie w dodatku nastąpił fenomen ruchu Tea Party, który przesunął Partię Republikańską – już wcześniej, w epoce neokonserwatywnych jastrzębi, jaskrawo prawicową – jeszcze dalej na prawo. Nawet prorepublikańscy komentatorzy polityczni dostrzegają taki oto problem: uśrednione poglądy aktywisty republikańskiego są dzisiaj o wiele bardziej odległe od poglądów przeciętnego Amerykanina (a więc niezależnego wyborcy centrowego bez stałej afiliacji partyjnej) aniżeli uśrednione poglądy aktywisty demokratycznego. Liczebnie znacznie większa część republikanów stanowi prawe skrzydło partii niż liczy sobie lewe skrzydło w Partii Demokratycznej. Generuje to łatwy do przewidzenia problem na poziomie prawyborów. U republikanów mają w nich, w znacznej części okręgów/stanów, większość sympatycy Tea Party i inni radykalni prawicowcy np. spod znaku tzw. Ponownie Narodzonych w Chrystusie (PNwCh). U demokratów natomiast pragmatyczni, socjalliberalni centrolewicowcy, bliscy postawom wyborców niezależnych. Jeśli tak jest, to oczywistym jest, że mechanizm prawyborczy będzie u demokratów generował kandydatów bardziej wybieralnych.

W przypadku prawyborów prezydenckich i Mitta Romneya ten problem objawił się w znacznej mierze. Grający w przeszłości w polityce stanowej „lewackiego” Massachusetts rolę centrową, a realnie pozbawiony profilu ideowego technokrata Romney, dobrze się przygotował do odegrania teraz roli prawicowego radykała, gdyż tylko tak mógł nawiązać w ogóle walkę o nominację. Nie mógł, jak McCain, „być sobą”. Jak to wychodzi, przetestował centrysta Jon Huntsman, który z poparciem 2% wyleciał z prawyborów po pierwszym starciu. A i tak Romney nie był w stanie uzyskać zaufania zdominowanej przez fanatyków bazy partyjnej. Jego nominacja długo stała pod znakiem zapytania, seryjnie przegrywał w bardziej konserwatywnych stanach, a więc tych, które powinny być mocną stroną nominata jego partii. I przegrałby te prawybory całościowo, gdyby nie fakt, że prawe skrzydło zostało podzielone alternatywnymi kandydaturami Ricka Santorum i Newta Gingricha. Romney w niejednym przypadku uzyskiwał mniej głosów od tej pary liczonej łącznie i zgarniał większość puli stanowych delegatów. Gdyby jednak Gingrich się odpowiednio wcześniej wycofał, to Santorum uzyskałby te głosy.

Obecnie nic nie wskazuje na to, aby Republikanie odklejali się od prawej ściany. Tymczasem jeśli nie chcą doświadczyć kolejnej klęski w 2016 r., muszą to właśnie uczynić w pierwszej kolejności. Zapowiadają walkę totalną z prezydentem Obamą i jego propozycjami, blokowanie inicjatyw Białego Domu w Izbie Reprezentantów. A tylko spolegliwie i konstruktywnie współpracując na rzecz rozwiązań umiarkowanych mogą zwiększyć swoje szanse w kolejnym cyklu wyborczym. Jeśli jednak spełnią swoje groźby niechybnie w styczniu 2017 u sterów władzy zasiądzie Hillary Clinton.

Problemem są bowiem nie tylko zmiany zachodzące w samej partii w postaci jej dryfu na prawo, ku ekstremum. Problemem jest to, że te nożyce rozchodzą się po obu stronach. Gdy republikanie stają się bardziej konserwatywni, a demokraci pozostają na dotychczasowych pozycjach, uśredniony wyborca amerykański przesuwa się w lewo, ku mniejszemu konserwatyzmowi i większemu liberalizmowi. Jego dystans wobec republikanów rośnie, a wobec demokratów stale się zmniejsza. Pokazują to zmiany odnotowywane w regularnie realizowanych sondażach dotyczących spraw obyczajowych. Rośnie poparcie dla małżeństw homoseksualnych i legalizacji „miękkich” narkotyków. W dniu tegorocznych wyborów, po raz pierwszy w historii USA, obywatele 4 stanów opowiedzieli się za jednym bądź drugim z tych liberalnych rozwiązań w głosowaniu powszechnym (zignorowano nawet ich niezgodność z prawem federalnym, a nawet konwencjami ONZ). Po raz pierwszy do Senatu wybrano otwarcie homoseksualną polityczkę. Blisko połowa Amerykanów deklaruje gotowość do zagłosowania na ateistycznego kandydata na prezydenta – do niedawna było to absolutnie wykluczone. Liberalizacja poglądów następuje także w stanach „czerwonych”, a więc nadal większościowo konserwatywnych, a zatem jest to tendencja ogólnonarodowa, a nie proces pogłębiania kulturowej przepaści pomiędzy dwoma stronami jakiejś nowej linii Mason-Dixon. W rezultacie dzisiejsze stany battleground staną się stanami stabilnie demokratycznymi, a niektóre z obecnie stabilnie republikańskich stanów przejdą do kategorii battleground. Wtedy o wyrównanej walce o prezydenturę nie będzie już jednak mowy. Powstanie trwała większość liberalna i demokratyczna. Zresztą przyjrzyjmy się danym, które już posiadany. Od zakończenia zimnej wojny, na 6 wyborów prezydenckich tylko 1 jedyny raz republikanin uzyskał więcej głosów od demokratycznego rywala (w 2004 r., po doświadczeniu zamachów z 11.09.2001) i było to jedyne republikańskie zwycięstwo w wyborach prezydenckich, które nie budzi wątpliwości (nie jestem bynajmniej jedyną osobą, która nadal jest zdania, że w 2000 r. wybrany został Al Gore). To jest poziom wyjściowy, a będzie jeszcze gorzej.

To nie wszystko. Za świetlaną przyszłością demokratów przemawia także demografia grup etnicznych. Republikanie stają się partią białych, zwłaszcza mężczyzn, starszych i słabiej wykształconych. Odsetek amerykańskiego elektoratu, jaki stanowią biali, jednak maleje i nadal będzie maleć. Dynamicznie rośnie natomiast grupa Hispanics, w której demokraci wyraźnie dominują (ok. jak 2:1), natomiast w grupie afroamerykańskiej poparcie dla republikanów jest jednocyfrowe i za czasów Obamy oscyluje w kierunku zera. To także liderzy GOP muszą przemyśleć, szczególnie w kontekście ich polityki imigracyjnej, retoryki „samodeportacyjnej” Romneya oraz drakońskich ustaw forsowanych przez republikanów m.in. w Arizonie i Alabamie.

Partia Republikańska musi się zmienić dogłębnie, aby nie stać się etatową opozycją mniejszościową w USA. Oczywiście będzie od czasu do czasu wygrywać wybory – zmęczenie rządami jednej partii musi dawać o sobie czasami znać – ale prawdopodobne jest, że wygra np. tylko 2-3 razy w następnych 50 latach, dozna podobnej marginalizacji jak w latach 1932-1968, gdy tylko generałowi Ikowi udało się przełamać niemoc, a Nixon nie wygrałby zapewne gdyby nie zamach na Roberta Kennedy’ego, lub jak demokraci między wojną secesyjną a epoką wilsonizmu.

Oczywiście chyba że koszmar, czarna noc republikanów w dobie Tea Party będzie impulsem do reformy partii, do nadania jej nowego ideowego oblicza. Jak? Myślę, że niezłych odpowiedzi na te pytania amerykańskim prawicowcom mógłby dostarczyć David Cameron.

Czytaj również