Rodzice bez nadzoru

Drukuj

W najbliższych tygodniach rząd PO-PSL spełni jedną ze swoich donośniejszych zapowiedzi i wprowadzi roczne urlopy rodzicielskie. Posunięcie to samo w sobie wymyka się jednoznacznym ocenom. Bez wątpienia wiara w to, że oto znalazło się magiczną formułę, która odmieni sytuację demograficzną w Polsce, okaże się bezpodstawna. Z drugiej strony jednak, na pewno ta polityka jest rozsądniejsza od kuriozalnych pomysłów w postaci np. wypłaty jednorazowego becikowego. Bezdyskusyjnym faktem jest zmiana sytuacji demograficznej w większości państw Europy w następstwie szerszych zmian społecznych. Z jednej strony emancypacja młodego pokolenia i wzrost jej edukacyjnych i zawodowych aspiracji generują opóźnienie procesów rodzinotwórczych. Z drugiej, równocześnie zanika model funkcjonowania rodzin wielopokoleniowych, w których młodych rodziców w znaczącej części obowiązków opiekuńczych wyręczali ich rodzice, umożliwiając przez to wygodniejsze łączenie kariery z rodzicielstwem. Zresztą sytuacja demograficzna wymusza opóźnianie przechodzenia starszego pokolenia w stan emerytalnego spoczynku i tak w tym punkcie koło się zamyka.

Młodzi ludzie bardzo często w debacie o polityce rodzinnej dość jednoznacznie określają przyczynę późnych decyzji o rodzicielstwie i upatrują jej w braku dostępu do niskokosztowego, instytucjonalnego systemu opieki nad dziećmi. W Polsce brakuje żłobków i przedszkoli. Jednak ten argument, jak każdy inny, tłumaczy tylko wycinek rzeczywistości.

Z własnego doświadczenia wiem, że opieka nad małym dzieckiem stanowi wielkie wyzwanie. Jest ono trudne do pogodzenia z intensywną pracą zawodową i tym wszystkim, co współcześnie ta praca zawodowa ze sobą niesie. Stres, podróże, korki, terminy, a przede wszystkim zmęczenie. Ono w połączeniu ze zmęczeniem generowanym przez potrzeby dziecka bywa dawką ponad miarę nawet dla największych siłaczek i twardzieli. Byłem tam (ciągle jestem) i wiem. Dlatego moja żona i ja, już dwukrotnie, usiłowaliśmy – nie mając do dyspozycji rocznego urlopu rodzicielskiego – zapewnić dziecku pozostanie w domu w całym pierwszym roku życia. Leciały na to wszystkie nasze urlopy wypoczynkowe (nawet częściowo z dwóch lat kalendarzowych), nadgodziny, urlopy ojcowskie, dni na dziecko. Kilka brakujących tygodni łataliśmy z pomocą bliskich. W każdym razie z dość dużym rozbawieniem czytam o rozterkach innych ojców, którzy nie wiedzą, czy wypada wziąć im 2 tygodnie urlopu ojcowskiego, albo – uwaga! – co wówczas ze sobą „poczną”. Bawi mnie to, ponieważ sam obok tych specjalnych tygodni brałem do moich dzieci kolejne 5-7 tygodni z mojego urlopu wypoczynkowego i nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy nie mam w tym czasie prawa raczej do wakacji pod palmą.

Tak więc byłbym hipokrytą, gdybym orzekł, że roczne urlopy rodzicielskie są czymś złym. Owszem nie są narzędziem z liberalnego arsenału. Ale własne życie udowodniło mi ponad wszelką wątpliwość, że są niezwykle korzystne dla dziecka i rodzica. Pozwalają się na dziecku skoncentrować całkowicie i za drzwi domu wyprosić troski związane z pracą. Jak pisałem, nie sądzę, aby wiele osób zachęciły jako główny czynnik do posiadania kolejnego dziecka. Są jednak ważnym i cennym elementem pakietu, który taką decyzję ułatwia, gdyż zdejmują trudne decyzje i rozterki z barek rodziców, a bezdyskusyjnie poprawiają jakość życia niemowlaka.

Rodzice powinni móc dopasować ten urlop w sposób jak najbardziej elastyczny do swoich potrzeb, sytuacji rodzinnej i zawodowej, miejsca zamieszkania, infrastruktury. Dlatego nie zgadzam się na to, aby uczynić z nich kolejny mechanizm do promowania zmian społecznych w postrzeganiu ról płci. Nie lekceważę spraw stereotypów i nierówności wynikających z mentalności i utartego podziałów ról społecznych. Jednak budowa „nowego lepszego społeczeństwa” nie powinna następować kosztem interesów rodziców. Ten urlop jest dla nich, nie dla wizjonerów koncepcji genderowskich. Typowo lewicowym wtykaniem nosa w prywatne sprawy obywateli i nadmiernym regulowaniem byłoby określanie w ustawie sztywno, jaką część rocznego urlopu rodzicielskiego może wziąć kobieta, a jaką mężczyzna.

Chybionym argumentem jest twierdzenie, że kobieta po całorocznym wychowawczym będzie miała trudności z powrotem do pracy. Już je ma i po półrocznym, jakościowej różnicy tutaj nie będzie. Zapewne będzie je miała, ale nie większe niż kobieta po trzyletnim wychowawczym. Czystą hipokryzją, zwłaszcza pracodawców, jest sugerowanie, że młodych kobiet nie będą chcieli zatrudniać ze względu na roczny rodzicielski. Ci sami pracodawcy, którzy niezmiernie często robią wszystko, by zwolnić kobietę po półrocznym obecnie macierzyńskim, teraz grożą, że będą to robić po rocznym? Czcze groźby. Płacą kobietom mniej, a potem dziwią się, że rodziny wolą, aby to one zajmowały się dziećmi, tak aby budżet młodych, obciążony wydatkami na nowego członka rodziny, maksymalizować? To chyba żart.

Dla wszystkich lepsze jest, gdy ojciec poświęca porównywalną do matki ilość czasu opiece nad dziećmi. Jest to lepsze dla niego, dla dziecka, dla matki, dla państwa, dla rynku pracy. Mnie co do tego nikt nie musi przekonywać, ponieważ fakt, że w to wierzę, zdążyłem już poprzeć własnym życiorysem. Urlop wypoczynkowy z prawie 3 lat wykorzystałem do opieki, jako swoisty urlop ojcowski z własnego wyboru. Jednak sytuacje różnych rodzin różnie wyglądają. Dlaczego dostępu do pełnego rocznego urlopu ma nie mieć rodzina, której akurat w danym momencie życia i pracy zawodowej nie pasuje, aby się rodzicielskim dzielić? Niech decyzja pozostanie w rękach rodziców, niech są w niej autonomiczni i wolni. Niechaj politycy, profesjonalni naprawiacze świata, znający go najczęściej wyłącznie z teorii, owładnięci ideologiami i polityczną poprawnością odstąpią od nacisków na regulowanie cudzego życia prywatnego poprzez psucie tej ustawy i zajmą się swoimi sprawami.

Czytaj również
  • Zenon Patelnia

    Zmiany świadomościowe są nieodwracalne. Dziecko, częściej niż kiedyś, nie jest już wpadką, lecz świadomym wyborem – to efekt edukacji i rozwoju cywilizacji. Jednak w kwestiach finansowych jest też druga strona: Wprawdzie zawsze miło, gdy ktoś inny płaci na nasze potrzeby, ale nie powinniśmy iść drogą „ustawodawstwa prorodzinnego” ponieważ oznacza to zabieranie innym (też chorym, słabym) ich pieniędzy w celu finansowania urzędowych priorytetów. Czy mamy prawo ustalić, że zabieramy pieniądze (podatki) jednym, by finansować potrzeby innych? I egzekwować to pod przymusem i groźbą kary? Uważam, że nie.

    • Piotr Beniuszys

      Pański komentarz to bardzo ogólne pytanie o zasadność prowadzenia przez Państwo jakiejkolwiek polityki społecznej finansowanej z danin obywateli. To pytanie ciekawe i bardzo dobrze nadające się do debaty na poziomie filozofii politycznej.

      Tekst zaś odnosi się do debaty na innym poziomie. W rzeczywistości, w której aktywność państwa w polityce społecznej i pewien poziom redystrybucji są elementem dość powszechnego konsensusu, warto zadać pytanie o to, jakie programy są – skoro już – najsensowniejsze i jak najmądrzej wydawać środki.

      Mój wpis składa się z dwóch części zasadniczych. W pierwszej przyznaję, że niezależnie od moich poglądów ideowych, muszę zgodnie z prawda i wlasnym doświadczeniem życiowym przyznać, iż roczny urlop rodzicielski jest młodym rodzicom potrzebny, na wagę złota.
      W części drugiej opowiadam się zaś przeciwko przeregulowaniu i uczynieniu z tego urlopu narzędzia do inżynieryjnego ciosania społeczeństwa na światopoglądową modłę.

  • Basia Ronowicz

    Ogólnie bardzo ciekawy temat do dyskusji – jak być prorodzinnym liberałem? I w ogóle jak PAŃSTWO powinno wspierać rodziny w Polsce? I tu nie chodzi tylko o problem demograficzny, ale też o to, gdzie kończy się PAŃSTWO, a gdzie zaczyna rodzina, która sama musi wziąć na barki wychowanie dziecka (często kolejnego) i co się stanie jeśli temu nie sprosta.