SMS-y, płk Przybył i tragedia live w TV

Drukuj

W żaden sposób nie mam zamiaru przyłączyć się tym tekstem do tej grupy komentatorów polskiej rzeczywistości politycznej, którzy przedwcześnie starają się zinterpretować przyczyny podjęcia przez poznańskiego prokuratora wojskowego, płk. Mikołaja Przybyła, próby samobójczej, a już na pewno nie dołączę do tych, którzy sytuację tą starają się ująć w tryby partyjno-politycznej interpretacji świata i wytwarzać narrację z sugestią czyjejkolwiek winy za to wszystko. Od razu to zaznaczam – poszukujące niezdrowych ekscytacji sępy niechaj od razu wpiszą w wyszukiwarkę inny URL i dalej nie czytają. Tekst ten jest krytyką okoliczności, występujących wokół dramatycznego czynu pułkownika, a także wynika z konieczności powiedzenia z całą mocą jednej istotnej rzeczy.

Parokrotnie wyrażałem już, w dość szczegółowy sposób, moją całkowitą dezaprobatę wobec obowiązującej w Polsce praktyki i przepisów, związanych z takimi problemami, jak: inwigilacja obywatela przez państwo w ramach prowadzonych postępowań; metody gromadzenia informacji; brak obowiązku niszczenia w niektórych przypadkach tych informacji o obywatelu, które okazały się nieprzydatne dla śledztwa; brak dostępu dla bezpośrednio zainteresowanego obywatela do tych treści po zakończeniu postępowania, a nawet informacji o tym, że było się przedmiotem inwigilacji posiadającej znamiona inwazji w prywatną/intymną sferę życia; nagminne podejmowanie czynności inwigilacyjnych bez kontroli sądowej; sama porażająca liczba podejmowanych inwigilacji; brak niezależnej kontroli nad działaniami służb dysponujących takimi newralgicznymi uprawnieniami; pisanie odpowiednich ustaw z udziałem przedstawicieli tych służb, ale nigdy z udziałem obrońców praw człowieka czy liberalnych NGOsów; gardzenie ideą tajemnicy dziennikarskiej; w końcu przedkładanie skuteczności pracy służb nad zasady wolności indywidualnej obywatela i jego praw, nie przymierzając na każdym kroku (co nie jest normalne we współczesnej Europie zachodniej). Wszystko to doprowadziło mnie do kilkukrotnego postawienia tezy, iż w Polsce całą tą problematyką kieruje się nadal będąc pod wpływem mentalności raczej sowieckiej niż europejskiej. Do pewnego stopnia pokutuje tutaj na pewno 45 lat praktyki aparatu państwa PRL, skąd siłą rzeczy pochodzą niektóre wzorce zachowania ludzi aparatu państwowej opresji. Ten fakt i ta trwająca – co warto podkreślić – niezależnie od zmian politycznego koloru ekip rządzących Polską sytuacja stawiania praw obywatela na samym dole listy priorytetów, są pierwszym przedmiotem krytyki, która musi ponownie zostać wyrażona w obecnych okolicznościach. W Poznaniu na własne życie targnął się człowiek, który jest funkcjonariuszem szeroko pojętego aparatu państwowej opresji i który – zgodnie z prasowymi doniesieniami – w prowadzonym śledztwie domagał się przekazania mu treści SMSów wysyłanych między sobą przez obywateli, a więc dążył do tego, aby zakres, i tak horrendalnie daleko idącej, faktycznie stosowanej inwigilacji obywatela przez państwo, posunąć jeszcze dalej. Jeśli to prawda (a nie jestem tutaj od wydawania wyroków, więc podkreślam słowo „jeśli”), to płk Przybył jest jednym z autorów procesu, który obniża standardy polskiej demokracji i raz po raz staje się powodem gorszących zjawisk w życiu publicznym. Jest on w pewnym sensie też ofiarą. Ofiarą owej sowieckiej mentalności i przyzwolenia, w kręgach ludzi zajmujących się bezpieczeństwem publicznym, na wykraczanie poza ramy prawa w trakcie dochodzeń, na „legalizowanie” tych działań post factum. Ofiarą powszechnego i niebezpiecznego lekceważenia praw obywatela.

Praktyki inwigilacyjne państwa polskiego względem jego obywateli są jednym z największych problemów, jeśli chodzi o jakość naszej demokracji i zaufanie w życiu społecznym. Tylko okazyjnie, gdy coś spektakularnego wyjdzie na jaw (a trzeba niestety założyć, że na jaw wychodzi tylko nieznaczny ułamek takich spraw), debata publiczna – zwykle na krótko – powraca do tego problemu i się nim zajmuje. Jednak po tygodniu, dwóch, emocje opadają, opinię publiczną zaczyna zajmować inny problem, a służby wracają do business as usual. Przyjdzie jednak taki moment, że obudzimy się z ręką w nocniku, kiedy to wieloletnia praktyka utrwali w przekonaniach większości obywateli (zwłaszcza „ludzi sieci”, a więc młodego pokolenia, przyzwyczajonego przez portale społecznościowe, że czymś normalnym jest wiedzieć o innych prawie wszystko) pogląd, że nie ma nic zdrożnego i niewłaściwego w fakcie, iż scentralizowane bazy danych, którymi operują różne urzędy państwa, posiadają o każdym z nas wszelkie możliwe informacje. Nie będzie nikomu przeszkadzać, że są one – także prewencyjnie – wykorzystywane w celach określanych za pomocą pojęć umożliwiających bardzo szerokie i nieostre modele interpretacji, w rodzaju „bezpieczeństwa publicznego”, albo „racji stanu”. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że przerost machiny biurokratycznej o obliczu wścibskiego Lewiatana jest jedną z dróg ku erozji demokracji – bez przewrotu, rewolucji, czy rozlewu krwi. Obniżanie standardów w sposób stopniowy ma ten groźny urok, że niby niewiele się zmienia i nawet po fakcie trudno jednoznacznie wskazać na cezurę, gdy autorytaryzm (np. w formie tzw. demokracji republikańskiej) zastąpił współczesny system demokracji liberalnej, opartej o idee ograniczenia i kontroli aparatu władzy.

Po co to piszę? Chciałby uświadomić panu red. Wojciechowi Czuchnowskiemu z „GW”, który był autorem artykułów ujawniających działania poznańskiej prokuratury wojskowej, że błędem jest uleganie, zrozumiałym w obliczu próby samobójstwa, emocjom chwili i publiczne oświadczanie, że wolałby, aby jego teksty i sformułowane w nich zarzuty wobec płk. Przybyła nigdy nie padły. Ja red. Czuchnowskiego jestem w stanie zrozumieć. Nie wiem, jak zachowałbym się, gdyby w efekcie mojego tekstu, ktoś zdecydowałby się na tak dramatyczny czyn. Jednak z perspektywy umożliwiającej pewien dystans, stwierdzam że redaktor „Wyborczej” popełnił błąd w rozumowaniu. Zarzuty o przekraczanie uprawnień i granic prawa (które i tak pozwala służbom na o wiele za dużo), o wkraczanie przez organ państwa w prywatność obywatela i naruszanie jego praw i wolności są bardzo poważne i zawsze należy je ujawniać. O ile zachowana została pełna rzetelność dziennikarska i najlepsze praktyki, nie można robić sobie wyrzutów! Prawidłowo sformułowana diagnoza tej sytuacji nie powinna więc brzmieć „wolałbym, abym tych zarzutów nigdy nie sformułował”, tylko raczej „wolałbym, abym tych zarzutów nigdy sformułować nie musiał, ponieważ płk Przybył i inni prokuratorzy, agenci specjalni czy policjanci zawsze działają zgodnie z prawem i szanują ideę praw i wolności obywatelskich, nawet jeśli utrudnia im to ich pracę”. Pierwsze z tych podejść jest bowiem niebezpieczne. Samobójstwo człowieka nie może stać się asumptem do popuszczenia, do osłabienia roli mediów, jako watchdoga stojącego na przeciw ludziom władzy, pod warunkiem oczywiście, że działają w dobrej wierze i nie dopuszczają się celowych pomówień czy zniesławiania. Dlatego reakcja pana Czuchnowskiego to drugi punkt mojej krytyki.

Trzeba sobie powiedzieć jedną, bardzo ważną sprawę jasno, nawet jeśli dzień po dramacie w Poznaniu zabrzmi to brutalnie. Desperacki krok prokuratora Przybyła w żaden sposób nie może odwrócić uwagi od problemu przestrzegania prawa przez organa państwa inwigilujące obywateli. Nie może osłabić czujności, stępić dociekliwości przedstawicieli czwartej władzy, która jest naszą jedyną, częściowo skuteczną bronią do obrony przed nadużyciami. Współczucie dla człowieka jest i być musi, ale nie zmienia tego, że jeśli pułkownik był winien zarzucanych mu przez prasę czynów, to po poniedziałkowej konferencji winnym być nie przestaje, a problem nie znika. Zarzuci mi ktoś, że przedkładam abstrakcyjny często komfort obywatela, wynikający z bezpieczeństwa jego wolności i praw, nad życie człowieka. Nie wiem, czy to uprawniony zarzut, ale – jeśli już – to przedkładam nie tyle współczesny komfort Polaka żyjącego w politycznie dość bezpiecznych czasach, co perspektywę utrzymania tego zakresu wolności przez Polaków w przyszłości. Ponieważ tylko demokracje o wysokich standardach są żywotne i trwają. Ulegając erozji sprowadzają zaś całkiem realne niebezpieczeństwo egzystencjalne na obywateli. Może nie wszystkich, ale na pewno tych pytających, niepokornych, nieufających ślepo władzy. Ich bezpieczeństwo przed przyszłą, ciągle wracającą przy różnych kryzysach, pokusą autorytaryzmu jest przedmiotem mojej troski i jako liberał będę tych pozycji zdecydowanie bronić, także wbrew nastrojom chwili.

Czytaj również