Student Fagot

Drukuj

Kilka tygodni temu prof. Jan Hartman stwierdził zdecydowanie, tudzież jaskrawo, że na studia w Polsce dziś „baranem wchodzisz, baranem wychodzisz”. Jestem skłonny założyć, że Hartman nie odniósł tej oceny do 100% polskiej „braci studenckiej” naszych czasów, a ujął zjawisko spadku poziomu ludzi na wyższych studiach w sposób jakkolwiek uśredniony. Nic więc dziwnego, że osobnik będący „baranem” zarówno przed i po studiach, nosi znamiona bycia „baranem” także w toku nauczania. Ostatnie wypadki z Poznania stanowią tego niezbity dowód.

Na tamtejszych studenckich juwenaliach wystąpiła w tym roku podobno gwiazdorska formacja o wdzięcznej nazwie „Figo Fagot”. Piszę „podobno”, gdyż przyznać muszę, że o owych sławach przed poznańską aferą nigdy nie słyszałem. W każdym razie obecność „Figo Fagot” na juwenaliach wzbudziła pewne kontrowersje, być może dlatego, że swojskie, odmóżdżające humpa-humpa „artyści” owi mają w zwyczaju upstrzyć szowinistycznymi i pełniącymi de facto rolę wezwań do nienawiści z przyczyn narodowościowych tekstami sugerującymi aborcję wszystkim członkom wybranych mniejszości etnicznych, tudzież ryczałtowo określających przedstawicielki płci pięknej mianem „świń” i „dziwek”. Ponadto muzycy wykazują się nieprzeciętnym wyrafinowaniem pomiędzy wykonywaniem swoich kompozycji, „kurwując” w dialogu z publicznością.

Po co to przywoływać? Otóż warto zwrócić uwagę na to, że „Figo Fagot” nie wystąpiło na sobotniej labie w lokalnej tancbudzie w zabitej dechami dziurze, gdzie byłoby drugą najlepszą atrakcją obok picia „wina” na sypiącym się przystanku PKS, ale na tradycyjnej imprezie studenckiej w jednej z największych polskich metropolii, a ich odbiorcami byli studenci. Ich obecność w tym programie mówi więc wiele o gustach średniego polskiego studenta A.D. 2013. Te gusta mówią zaś nam wiele o tymże.

Były takie czasy, że na studiach wyższych nie brakowało co prawda mało rozgarniętych studentów, którzy jednak (w większości) mieli przynajmniej świadomość tego gdzie są, w jakim towarzystwie i do czego ewentualnie aspirują. Szerokie i wyzute z krytycyzmu otwarcie uczelni na dosłownie każdego, kto w miarę potrafi czytać, spowodowało jednak w jakimś momencie ostatnich 10 lat, że przekroczona została masa krytyczna i dziś to wybijające się na posiadanie intelektu jednostki muszą się w studenckim towarzystwie starać nie nabyć zwyczajów większości. Miarą tego jest obecność kretyńskiego humpa-humpa okraszonego debilnym szowinizmem na juwenaliach. To ostateczny werdykt na temat po prostu przesadzonych dążeń do egalitaryzacji edukacji.

Zanim świat stanął na głowie, ludzie tłoczący się dziś na listach studentów (bo dość rzadko jednak obecni w ławach audytoriów), orali ziemię, wbijali zelówki w buty, uzupełniali lepiszczem rury kanalizacyjne albo reperowali silniki samochodów. Robili więc bardzo pożyteczne rzeczy, a praca ich była uzasadnionym źródłem szacunku dla nich, także ze strony tzw. elity intelektualnej. W euforii pierwszych kilkunastu lat III RP, która po PRL odziedziczyła oczywiste edukacyjne zapóźnienie wyrażone miernym odsetkiem ludzi z wyższym wykształceniem, w warunkach dynamiki demograficznej wiszącym jako widmo upadku nad wieloma dopiero co powołanymi uczelniami, w końcu zwyciężyła niestety filozofia „Nie matura, a chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Na studia wyższe, które powinny być zarezerwowane dla najzdolniejszych i/lub najpracowitszych, mógł odtąd wedrzeć się każdy, nawet niereformowalny przygłup wykazujący totalne désintéressement badaną materią. Zaś większość uczelni takich mocarzy umysłu pozbywać się chciała z determinacją psa, któremu zasugerowano by rozstanie się z ręką, która go karmi. Efekt? „Figo Fagot” na juwenaliach, w obronie czci któregoż student jest nawet skłonny przywalić w zęby fotoreporterowi gazety.

Tak oto wyrósł nam nad Wisłą nowy gatunek młodego człowieka – Student Fagot. Wbrew pozorom Student Fagot nie szkodzi tylko sobie, marnując czas na studia, po których nie znajdzie etatu, miast szlifować być może niezłe i intratne na rynku pracy zdolności manualne, oraz wizerunkowi polskich uczelni, które upokarza konieczność pięcioletniego hodowania go. Student Fagot szkodzi wszystkim innym studentom, obraca wniwecz estymę studiów wyższych, dewaluuje całkowicie dyplom magistra i utrudnia start swoim koleżankom i kolegom, których pracodawcy często na wstępie wrzucają do jednego worka z nim. Szkodzi całemu społeczeństwu, w którym elitą może się stać każdy, a więc nie jest nią nikt, bo czyż elita podskakuje w rytm piosenek o dziwkach z repertuaru chałturników i parweniuszy?

Czytaj również
  • BKU

    Proszę pana, jakkolwiek różnie można oceniać takie zainteresowania, to zespół o którym pan pisze jest tak ewidentnie przerysowaną satyrą na zjawisko disco polo, że traktowanie jego obecności na juwenaliach jako symptomu degradacji intelektualnej polskich studentów jest samo w sobie dosyć zabawne. Chociaż, jak słyszałem, niektórzy faktycznie traktują te wygłupy, to zdecydowanie nie jest to większość jego słuchaczy i raczej też nie jest to intencją tych muzyków. Być może „elita” faktycznie powinna chodzić wyłącznie do filharmonii, nigdy nie przeklinać i oburzać się gdy ktoś to robi na koncercie muzyki rozrywkowej, a przede wszystkim swoje poczucie humoru przykrawać na miarę norm politycznej poprawności. Tak jednak nie jest i prawdopodobnie nie będzie, a szczerze mówiąc uważam, że niewiele jest smutniejszych rzeczy niż niemal codziennie odziani w garnitury studenci pewnych kierunków, wszyscy co do jednego z pretensjami do wyjątkowości i obnoszący się jawnie z pogardą dla „plebsu”. O tym, że polska edukacja jest bezsensownie zorganizowana naprawdę nie trzeba nikogo przekonywać. Zastanawia mnie natomiast to, że kiedy przychodzi do wskazywania winnych to po raz kolejny pada na studentów, którzy realnie nie mają żadnego wpływu na kształt instytucji edukacyjnych czy rynku pracy i muszą przyjąć zastane warunki, a nie władze uczelni i rządy, które za te warunki odpowiadają.