Szkolna komedia pomyłek

Drukuj

Błędna polityka edukacyjna polskiego państwa i samorządów to jedna z najcięższych przewin polityki w tym kraju. Według danych z rekrutacji studentów I roku pedagogiki 2013/14 zaczyna ona generować coraz bardziej niekorzystne konsekwencje, które odbiją się negatywnie na długofalowych perspektywach rozwoju gospodarczego Polski.

Podstawowy błąd, jaki leży u podstaw tych problemów, polega na fatalnej reakcji na spadkowy trend demograficzny, a konkretnie oczywiście na malejącą liczbę uczniów w szkołach. To generalnie negatywne zjawisko, ale także takie, które niesie ze sobą pewne szanse. W kontekście szkoły szansą tą jest umożliwienie osiągnięcia wyższej jakości oświaty przy tym samym poziomie nakładów. Kluczem są oczywiście mniejsze klasy, zanik konieczności wprowadzania „dwuzmianowego” planu lekcji, inne, bardziej kreatywne i efektywne formy zajęć lekcyjnych, zajęcia dodatkowe. Polska mentalność okazała się jednak niezdolna, aby z szansy tej skorzystać. Zamiast klasy zmniejszać, pozostawia się jest w tych samych rozmiarach, a zamiast tego „oszczędza” się likwidując szkoły, etaty nauczycielskie.

Impulsem dla tych błędnych decyzji jest oczywiście nonsensowny w obecnych warunkach system uzależniający wysokość subwencji oświatowej od liczby uczniów. Gdy spada ona, spada wolumen subwencji dla gmin, które mając mniej środków nie mają wyjścia i muszą prowadzić złą politykę. Rząd zaś oszczędza, co ważne w obecnych warunkach. Tyle, że za dzisiejsze oszczędności w przedziale edukacji przyjdzie ponieść realne koszty w przyszłości związane ze zbyt rachityczną dynamiką wzrostu innowacyjności gospodarki, zapadaniem się Polski w tzw. globalizacyjną pułapkę kraju o średnim poziomie rozwoju (niezbyt już tania siła robocza + niski poziom przetworzenia w krajowej produkcji), wydatkami na cudzy know-how oraz po prostu zwalniającym tempem wzrostu gospodarczego, czyli malejącymi wpływami z podatków, wyższymi wydatkami socjalnymi.

Wobec recesji demograficznej należy odejść od zasady subwencja per uczeń. Dzięki spadkowi uczniów można bez znacznego zwiększania nakładów na edukację (lub nawet w średniej perspektywie ich stabilizacji na niezmiennym poziomie) uzyskać efekt jakościowy w polskich szkołach. Zwłaszcza, że procesy na rynku pracy, masowe już zwolnienia nauczycieli lub drastyczne cięcia ich etatów, generują negatywną selekcję na studiach pedagogicznych. Idzie się na nie w ostateczności, dostają się osoby, które ledwo zaliczyły maturę, a miejsca i tak zostają wolne. Oznacza to, że za kilka/kilkanaście lat będziemy mieli realnie słabszych nauczycieli niż dziś, a straty tym spowodowane będą nie do odrobienia w krótkim okresie.

Polityka edukacyjna jest tylko jednym z przejawów chronicznie, żeby nie rzec chorobliwie, krótkoterminowego kalkulowania polskich polityków. Ja jestem człowiekiem pozbawionym złudzeń. Polska klasa polityczna jest po prostu niezdolna nie tylko do rozwiązywania realnych problemów społecznych naszego kraju, ale nawet do ich trafnego diagnozowania. To są w przytłaczającej większości ludzie ślepi. Jednak w demokracji od tego jest presja społeczna, aby ich zmuszać do pracy i palcem wskazywać, co mają robić. Tak więc wszystko w naszych rękach.

Czytaj również
  • Tomasz Kłosiński

    Oto co Milton Friedman miałby do powiedzenia w tej sprawie:
    „I am in favor of cutting taxes under any circumstances and for any excuse, for any reason, whenever it’s possible. … because I believe the big problem is not taxes, the big problem is spending. I believe our government is too large and intrusive, that we do not get our money’s worth for the roughly 40 percent of our income that is spent by government … How can we ever cut government down to size? I believe there is one and only one way: the way parents control spendthrift children, cutting their allowance. For government, that means cutting taxes.”

    Ja natomiast uważam, że to nie zła polityka edukacyjna jest problemem, to istnienie polityki edukacyjnej jest problemem. Ograniczenie wydatków państwowych na edukację jest szansą dla prywatnego sektora – zwalczany przez rządowy dumping – ma szansę rozkwitnąć. Lepszą edukacje może nam zapewnić tylko konkurencja między sposobami i programami nauczania, a nie lepsze (czyli zgodne z moim „widzimisię”) centralne planowanie-zarządzanie.

    W istocie „wszystko w naszych rękach”. Musimy zapewnić lepsze warunki i wspomagać prywatną edukację, a nie biadolić nad zbyt niewielką czy też nierozsądnie rozdysponowaną (co nie powinno dziwić liberała) przez państwo opiekuńcze redystrybucją.

  • Tomasz Kłosiński

    Jeszcze jedna uwaga: Firedman w „Wolnym wyborze” zasugerował, że jeżeli społeczeństwo na to stać, to wystarczy rządowy wymóg, aby każdy rodzic musiał opłacić edukację podstawową swojego dziecka. Ja uważam, że nawet takie rozwiązanie jest nie do pogodzenia z wolnością i w dłuższej perspektywie i tak skończy się monopolem państwowym – ale jest ono racjonalniejsze i bliższe programowi liberalnemu, niż nawoływanie do lepszej „polityki edukacyjnej” opartej na redystrybucji.

    • Piotr Beniuszys

      Przyznam szczerze, że Milton Friedman nie należy do moich głównych autorytetów i nie pierwszy raz się z nim nie zgadzam. Oczywiście jestem za redukcją kwoty państwowej. Ale mądrymi i przemyślanymi sposobami. Podejście na zasadzie ciąć „gdzie się da”, „pod byle jakim pozorem”, „wszelkimi sposobami” uważam – mówiąc oględnie – za niezbyt błyskotliwe.

      • Tomasz Kłosiński

        No cóż, źle zasugerowałem się wpisem „Ja, neoliberał”, bo nic nie kojarzy mi się właśnie bardziej z neoliberalizmem niż właśnie Milton Friedman.

        Ale do rzeczy: sądzę, że Milton dlatego tak radykalnie stawiał sytuację, gdyż w ciągu jego życia rząd rozrósł się z niemal niezauważalnego, pochłaniającego 10% PKB „stróża nocnego” do omnipotentnego (i jednocześnie – paradoks, albo i nie – produktywnie impotentnego) i wszechobecnego, pochłaniającego 40% PKB „opiekuna” (choć lepsza nazwą byłby „nadzorca”). Pozwolę sobie powtórzyć pytanie Miltona: jak możemy przykroić rozmiar rządu do liberalnego rozmiaru? Jest tylko jeden sposób: trzeba ciąć wydatki, a potem podatki (uwaga! – nie odwrotnie, jak to PiS ma w zwyczaju).

        Drugą rzecz, która mnie irytuje bez reszty, to fakt że liberałowie nie dostrzegają, że za to przejście od 10% do 40% PKB, jest odpowiedzialna polityka posługująca się „mądrymi i przemyślanymi sposobami” poprawiania świata i bytu społeczeństwa. To nie wpływ Marksa sprawił, że weszliśmy na „drogę do zniewolenia” – to utylitarystyczny nawyk używania rządu do „polepszania”, do prowadzenia „mądrej i przemyślnej” polityki.

        Kolejną rzeczą jest fakt, że „mądrzy i przemyślani” liberałowie technokraccy-eksperccy-utylitarystyczni nie dostrzegają, że klasyczni liberałowie oponują przeciwko subsydiowaniu edukacji nie dlatego, że są przeciwko edukacji, ale dlatego, że strefa prywatna (rynek i inne instytucje społeczeństwa obywatelskiego) dostarczą ją lepiej, taniej i efektywniej (i bez perwersyjnych bodźców i karty nauczyciela).

        Jak zauważał odkrywca kosztu alternatywnego, Frederic Bastiat:
        ” (…) drogą fałszywego i niesprawiedliwego rozumowania, pod adresem ekonomistów padają zarzuty. O co się nas oskarża? O to, że odrzucając dotację, odrzucamy jednocześnie samą rzecz, która ma podlegać dotacji, że jesteśmy wrogami wszelkiego rodzaju działalności, ponieważ chcemy, by ta działalność była z jednej strony wolna, a z drugiej sama poszukiwała dla siebie zapłaty. Kiedy domagamy się, by państwo nie interweniowało, za pośrednictwem podatków, w sferę religii – jesteśmy ateistami; kiedy żądamy, by państwo nie wkraczało w sferę edukacji – jesteśmy wrogami nauki; kiedy głosimy, że państwo nie może przez podatki sztucznie zawyżać wartości ziem bądź jakiejś gałęzi przemysłu – jesteśmy wrogami własności i pracy; kiedy sądzimy, że państwo nie powinno dotować artystów – jesteśmy barbarzyńcami, którzy uważają że sztuka to coś zupełnie niepotrzebnego.
        Ze wszystkich sił protestuję przeciwko tym oskarżeniom.”

        • http://beniuszys.na.liberte.pl/ Piotr Beniuszys

          Trzeba było ten wpis jeszcze przeczytać… Cytat zeń:

          „własność prywatna nie jest może zawsze lepsza niż państwowa, ale jest zawsze lepiej zarządzana i efektywniejsza tam, gdzie pozaekonomiczne czynniki nie muszą być koniecznie uwzględniane jako społecznie doniosłe (a więc może nie w edukacji czy służbie zdrowia, ale już na pewno w usługach fryzjerskich, produkcji gumy do żucia czy blachy dachowej);”.

          Mój neoliberalizm ukształtował von Hayek, który – to moja ocena – jest jego dużo lepszym wyrazicielem niż Friedman. Wspomniany tekst napisałem w reakcji na absurdalne odsądzanie neoliberalizmu od czci i wiary. Natomiast faktem jest, że ten nurt liberalizmu nie determinuje w całości mojego osobistego światopoglądu. Popieram neoliberalizm w zakresie polityki ekonomicznej, roli państwa w gospodarce, oceny fiskalizmu i biurokracji, preferowania mechanizmów ekonomii podaży nad ekonomię popytu i paru innych sprawach. Polityki edukacyjnej nie zaliczam zaś do polityki gospodarczej, tylko do polityki społecznej. W tym zakresie skłaniam się raczej do nurtu liberalizmu demokratycznego i mam pewne wątpliwości co do poglądu, że edukację można całkowicie bezpiecznie oddać mechanizmom rynku. Ale już na przykład koncepcję voucherów popieram (pod warunkiem odfiltrowania konfesyjnych szkół, uczących, że nie było ewolucji, a od masturbacji niechybnie się traci wzrok, itp.).

          Poza tym proszę zauważyć, że żyjemy w określonej rzeczywistości. Oczywiście mógłbym napisać tekst o tym, jak wyobrażam sobie idealny system edukacyjny i zapostulować rewolucję, zaoranie, rozpoczęcie od zera, itd. Tym razem jednak chodziło o tekst oparty o takie myślenie, że skoro mamy to, co mamy, to może uda się to trochę ulepszyć. Stąd pomysł zmiany modelu finansowania przez subwencję, który – co podkreślam – nie jest postulatem zwiększenia wydatków na oświatę, a jedynie ich niezmiejszania pomimo spadku liczby uczniów w imię większych przychodów w przyszłości, gdy większa innowacyjność dałaby nam dzięki lepszej szkole wyższy wzrost gospodarczy.

          I na koniec taka uwaga na marginesie. Napisałem, że jestem zwolennikiem redukcji kwoty państwowej poprzez przemyślane cięcia. Nie znaczy to bynajmniej, że opowiedziałem się za podobnym podejściem w zakresie „poprawiania świata i bytu społeczeństwa”. Jako liberał nie jestem konstruktywistą i nie przewiduję takiej funkcji dla polityki, to jasne. Po co więc wałkować ten cytat po parę razy i zamieniać go w obuch do dawania mi po głowie? Czy naprawdę wyrażając przemyślane i ukształtowane wiele lat temu krytyczne uwagi o myśli Friedmana zasłużyłem sobie od razu na obuch?

  • Tomasz Kłosiński

    Ja uważam, że nic nie zasługuje na to, żeby być zmonopolizowane i zawłaszczone przez rząd, a już przede wszystkimi rzeczy „społecznie doniosłe”. Jeśli już biurokratyczny monopol ma coś centralnie planować to niech to będzie produkcja długopisów. Przykład: „społecznie doniosła” jest produkcja żywności – mimo to, nie uważam, że zasługuje na to, żeby rząd ją zmonopolizował i kontrolował. Zresztą historią dowodzi, jak poronionym jest to pomysłem.

    Jeśli na wolnym rynku marchewka jest lepszej jakości i jest bardziej dostępna dla najbiedniejszych niż pod reżimem centralnie zarządzanego biurokratycznego monopolu, to dlaczego miałoby być inaczej z edukacją i służbą zdrowia?

    No cóż, ja też przyznaję się do inspiracji von Hayekiem, ale bardziej jako ekonomisty. Również uważam, że krytyczny racjonalizm Hayeka jest pod wieloma względami lepszym stylem myślenia niż pozytywizm Friedmana. Doceniam też jego ideę ładu spontanicznego i pochwałę prawa zwyczajowego, ale odrzucam potworną ilość czeków „in blanco”, które wystawił rządowi na kontrolę społeczeństwa.

    Rozumiem, że jak coś nazwiemy „polityką społeczną” to już nie nie podlega prawom ekonomii? To, co zaszufladkujemy jako działalność gospodarcza to wolny rynek, a to co zaszufladkujemy jako działalność społeczna to państwo. A jakie kryteria, gdzie pójdzie jedno a gdzie drugie? Nie bardzo się orientuję, dlaczego prawa ekonomiczne przestają działać dla pewnych obszarów działalności gospodarczej?

    Zresztą nie chodzi nawet o działalność gospodarczą – na jakiej podstawie mamy moralne prawo stwierdzić, że to, co robi się w ramach społeczeństwa obywatelskiego (np. wychowywanie dziecka, ceremonie religijne, turnieje szachowe, etc, etc) powinno zostać zmonopolizowane i wyparte przez politykę? Państwo będzie efektywniejsze? Wątpię (zwłaszcza na dłuższą metę), ale nawet jeśli miałoby być wydajniejsze – to co daje mi legitymizację do tego, żeby upaństwowić wychowanie, religię lub szachy? Ja nie jestem w stanie dostrzec spójnego uzasadnienia.

    Ja odwrotnie – mam pewne wątpliwości co do tego, że edukację można całkowicie bezpiecznie oddać mechanizmom polityki. Zresztą to nie tylko kwestia intuicji, na poparcie tej obawy przemawia spadający poziom edukacji i rosnące jej koszta (zwłaszcza części biurokratycznej). Też podoba mi się idea voucherów – jako alternatywa do obecnego systemu, natomiast jako alternatywa do wolności już mi się nie podoba. Zresztą Friedman system voucherowy traktował jako mechanizm prowadzący do urynkowienia – obawiam się, że skutki mogą być odwrotne, ale w teorii pomysł jest nie najgorszy.

    Idea odflitrowania wydaję mi się skrajnie antyliberalna – kto ma prawo odfiltrowywać i na podstawie jakich kryteriów? Rozumiem, że ludzie mają prawo być wolni o ile są mądrzy (zgodnie z naszymi kanonami „mądrości”), a ludzie, którzy mądrzy nie są nie mają prawa być wolni – mają prawo się słuchać mądrzejszych. Zgodnie z tą logiką nie widzę powodu dla którego mamy koncesjonować wyłącznie programy nauczania – powinniśmy także koncesjonować „programy wychowania”, które aplikują w domu dzieciom bezmyślni rodzice. A jeśli rodzice uczą dzieci, że ewolucji nie było? To co wtedy? Skoro szkoła zasługuje na biurokratyczną kontrolę – to dlaczego rodzice też nie?

    No właśnie, żyjemy w określonej rzeczywistości. I to ciągłe poprawianie tej rzeczywistości za pieniądze pochodzące z opodatkowania doprowadziło do tego, że dziś rząd kontroluje połowę dochodu narodowego. Nie chodzi bynajmniej o to, żeby liberałowie pisali teksty o tym, jak skonstruowaliby idealny system edukacji – przeciwnie chodzi o to, żeby liberałowie pisali teksty o wolności.

    Ja uważam, że filozofia „skoro mamy to, co mamy, to może uda się to trochę ulepszyć” ma prawo bytu w ramach ruchu liberalnego, a o ile nie zapomina się, że to nie „ulepszenie” jest naszym celem. Rzecz rozchodzi się o to, żebyśmy przestali mieć „to, co mamy”.

    A czym z punktu widzenia liberalnej doktryny różni się zwiększanie wydatków od obrony przed ich cięciami? I skąd to przekonanie, że skoro wydamy więcej pieniędzy na nauczycieli to automatycznie przełoży się to na lepszą edukację? Znacznie ważniejsza jest jakość nauczycieli – jeśli będziemy mieli nauczycieli-idiotów to zwiększenie ich liczby nie sprawi, że przestaną być idiotami? A jakoś zależy w dużej mierze od bodźców i motywacji. Nie lepiej wprowadzić system bodźców, który będzie wynagradzał nauczycieli, gdy Ci będą dobrzy, a karał, gdy będą marni? Innymi słowy: nie lepszy rynek? Czyż nauczyciele-idioci nie powinni bankrutować po to, żeby mogli zająć się czymś, w czym być może realizowaliby się lepiej?

    Poza tym skoro większe wydatki na oświatę przekładają się na wzrost gospodarczy? To może lepiej jest podnieść wydatki i wydać je na nauczycieli? Po co kapitaliści mają wydawać zyski na jachty i kokę? Nie lepiej, żeby rząd „dokupił” trochę szkół i nauczycieli? Zgodnie z tą logiką powinniśmy podnieść podatki.

    Oczywiście, co do uwagi na marginesie, ja na marginesie odpowiem: nie celem moim było dawanie po głowie, a konstruktywna dyskusja, która wzbogaci nasze różnorodne środowisko liberalne. Przepraszam, jeśli Pana uraziłem. To nie miał być obuch, tylko krytyczny komentarz.

    Poza tym nie wystarczy powiedzieć: „nie jestem konstruktywistą i nie przewiduję takiej funkcji dla polityki”. To nie załatwia sprawy. Każdy z nas w jakieś mierze jest i nie jest konstruktywistą – sęk właśnie w określeniu tej miary. Liberał w moim odczuciu stara się odwoływać w pierwszym rzędzie do innych środków niż polityka.

  • Tomasz Kłosiński

    By the way, Hayek o demokracji: http://www.youtube.com/watch?v=USG6els8w54

    Polecam. Bardzo pouczający wywiad.

  • Piotr Beniuszys

    Dobra, proszę wybaczyć, że nie do wszystkiego będę się odnosić, bo nasze elaboraty staną się niemiłosiernie długie.

    Nie twierdzę, że w tym, co nazywa się polityką społeczną, prawa rynku nie obowiązują. Twierdzę, że ja osobiście sięgam po inną od neoliberalizmu inspirację ideową w tych sprawach, co oznacza, że w edukacji, służbie zdrowia, kulturze wyższej czy organizacji transportu akceptuję nieco (podkreślam: nieco) większą rolę państwa niż w działalności stricte gospodarczej, jak np. produkcja żywności.

    Powodem – w przypadku edukacji – jest to, że rynek nie gwarantuje równego dostępu do edukacji o porównywalnej jakości. Nie jestem za tym, aby dzieci jednych mieli dostęp do lepszej edukacji od drugich tylko przez zasobność portfela rodziców. Dzieci nie ponoszą indywidualnej odpowiedzialności za położenie finansowe rodziny i powinny być uwolnione w sferach kluczowych, takich jak edukacja, spod oddziaływania konsekwencji tego położenia.

    Odfiltrowywanie jest absolutnie konieczne dla ochrony wolności indywidualnej uczniów/dzieci. Owszem dorosły obywatel ma prawo nie wierzyć w naukę, a wierzyć w gusła, ale nie znaczy to, że ma prawo odizolować dziecko od wiedzy naukowej i rujnować mu przyszłość na rynku pracy posyłając do szkoły uczącej nonsensów. To bowiem oznacza, że jednostka-rodzic ogranicza wolność jednostki-dziecka i to – Przyjacielu – jest nieliberalne. Bo, o czym konserwatywni liberałowie lubią zapominać, nie tylko państwo ogranicza wolność jednostce, także bardzo często jedna jednostka ogranicza wolność drugiej (i nie oznacza to zakwestionowania idei władzy rodzicielskiej w całej rozciągłości – to jasne, więc prosze tego się tu nie doszukiwać).

    Pozdrawiam.

  • Tomasz Kłosiński

    Rozumiem różnicę ideologiczną, nie rozumiem różnicy logicznej. Skoro wolny rynek jest wydajny (choć jest przecież straszliwie niekomfortowy) i to właśnie ze względu na wydajność (upowszechnienie dobrobytu, likwidację ubóstwa) go popieramy, to dlaczego nie popieramy go także tam, gdzie ta wydajność ma właśnie kluczowe znaczenie? Moim zdaniem, monopol w służbie zdrowia, edukacji, produkcji pieniądza (i wielu innych sprawach) jest irracjonalną spuścizną historyczną. Głównym uzasadnieniem dla utrzymania tych monopoli jest „bo tak samo jest na Zachodzie” albo „bo tak było zawsze”. Dla porównania przecież kluczowe z punktu widzenia „doniosłości społecznej” jest mieszkalnictwo – nie ma chyba większego upokorzenia jednostki niż bezdomność, a nikt – przynajmniej nikt racjonalny – nie głosi potrzeby nacjonalizacji deweloperów, bo to oczywiście doprowadziłoby do spadku podaży mieszkań, zwiększenia kosztów i spadku jakości. Nie rozumiem dlaczego w pewnych przypadkach „doniosłość społeczna” jest wystarczającym uzasadnieniem (służba zdrowia, edukacja, drogi, etc, etc), a w innych nie, mimo, że są równie a może i bardziej „doniosłe” (żywność, mieszkania, prywatna ochrona, etc). Pomijając kwestie pogodzenia tego argumentu z doktryną liberalną, dla mnie jest on po prostu niespójny logicznie.

    Państwo gwarantuje równy dostęp tylko werbalnie – przecież na studia i tak idą dzieci bogatych (a biedni jeszcze im do tego dopłacają w podatkach uniemożliwiając im edukację prywatną). Co gorsza nie koszt obecnego systemu (i jego pożałowania godnej jakości) jest najgorszy – tragiczny jest koszt alternatywny. Innymi słowy: gdybyśmy mieli rynek byłoby więcej szkół prywatnych (nie dumpingowanych przez państwo), opłacałoby się inwestować (dla zysku) w budowę szkół, konkurencja napędzała by jakość i obniżkę kosztu – i być może państwo czy – jeszcze lepiej – społeczeństwo obywatelskie musiałoby się zaopiekować jedynie garstką tych, których na porządną edukację nie stać. Oczywiście to sytuacja hipotetyczna, ale wiele przemawia za tym, że konkurencja i własność prywatna pomogłyby w szerszym dostępie do edukacji dla biednych.

    Oczywiście dzieci ponoszą odpowiedzialność za to czy ich rodzice mają szczęście czy go nie mają – i zawsze będą ponosić, choćbyśmy nie wiem jak się starali wyeliminować kwestię szczęścia na tym łez padole. A nie wykluczone, że walka ze szczęściem przynosi więcej szkód dla biednych czy korzyści – wszak państwo na ten cel wyjmuje spod władzy popytu i podaży połowę dochodu narodowego. Ile byłoby nakładów inwestycyjnych (a więc kapitału i pracy), gdybyśmy nie walczyli biurokratycznymi metodami z każdym przejawem „nierówności szans”?

    Z odfiltrowaniem jest taki problem, że trudno jest ustalić granicę. Nie rozumiem dlaczego rodzice mają prawo nie wierzyć w naukę, ale ich dzieci już muszą być do tej wiary przymuszane. Nie dociera do mnie moralne uzasadnienie według, którego państwo nie ma prawa gwałcić wolność rodzica, ale może robić co mu się podoba z jego dziećmi. Rozumiem obawy przed patologiami społecznymi, ale nie znów – czy nie powinniśmy zakładać, że to właśnie rodzice przed państwem mają prawo wychowywać swoje dzieci wedle swojego uznania, a państwo powinno wkraczać tylko tam, gdzie to jest naprawdę konieczne (np. gdy rodzice stosują przemoc fizyczną wobec dzieci).

    Równie dobrze można argumentować, że nie wolno dziecku „rujnować przyszłość” i zostawić je na wychowanie inteligentnym inaczej rodzicom – lepiej oddać je pod wychowanie Krytyce Politycznej. Przecież dzieci i tak, i tak mogą mieć zrujnowaną przyszłość. Ustalenie super naukowego programu nauczania nie eliminuje miliona innych czynników – a kosztem jest ograniczenie wolności rodziców i uczniów – nie wspominając już o innych konsekwencjach braku konkurencji.

    „To bowiem oznacza, że jednostka-rodzic ogranicza wolność jednostki-dziecka i to – Przyjacielu – jest nieliberalne.”
    Uporządkujmy terminy: wolność to nie jest sytuacja, w której dzieci uczą się tego, czego ja chcę, bo państwo ich do tego zmusza. Wolność to jest egzekwowanie wolnej woli (czyli wybór i odpowiedzialność za nią). Dzieci w dużej mierze nie są wolne, gdyż ich wola jest ograniczona władzą rodzicielską. Rodzice także często ponoszą odpowiedzialność za złe wybory swoich dzieci i zawsze ponoszą odpowiedzialność za złe ich własne wybory narzucone swoim dzieciom. Oczywiście nie da się tej granicy ustalić „absolutnie”, ale jest kwestią konwencji społecznej, że w znacznej mierze rodzice mają prawo wybierać za dzieci (nawet jeśli te wybory są z naszego punktu widzenia nieracjonalne). Innym ludziom wolno się wtrącać jeśli dzieciom dzieje się krzywda, ale uważam, że nie powinniśmy się wtrącać w każdym innym przypadku (wiem, że ciężko się powstrzymać – sam bym chętnie odebrał prawa rodzicielskie połowie pisowców). Ale rozumiem obiekcje – miejsce dzieci w filozofii liberalnej to bardzo trudny problem (swoją drogą Leszek Kołakowski napisał kiedyś takie esej „Gdzie jest miejsce dzieci w filozofii liberalnej?” – http://www.cms.npseo.pl/data/various/files/Ko%C5%82akowski.pdf )

    Ja bym siebie nie nazywał konserwatywnym liberałem – nie lubię konserwatystów.

    „nie tylko państwo ogranicza wolność jednostce, także bardzo często jedna jednostka ogranicza wolność drugiej”
    Oczywiście, że tak jest, ale nie każdy przypadek ograniczenia jednostki przez jednostkę nie jest wystarczającym uzasadnieniem dla kontroli państwowej. Są miliony życiowych sytuacji, w których jesteśmy ograniczeni przez innych ludzi i musimy sobie radzić bez odwołania państwa (czasami, bo tak wolimy; a czasami, bo nie mamy innego wyjścia).

    Również pozdrawiam i dziękuję za dyskusję, bo zdaje się, że zmierza ona do swego końca. ;-)

  • Piotr Beniuszys

    Zdecydowanie. Zaczynamy kręcić się w kółko. Pozdrawiam.