Tako rzecze zusolub

Drukuj

W poniedziałkowej „GW” ukazał się artykuł ministra finansów Jacka Rostowskiego, w którym określił OFE jako beczkę bez dna, do której niepotrzebnie wlewamy wodę zamiast zraszać nią ogród w postaci emeryckich portfeli „tu i teraz”. Był to najbardziej przekonujący głos w debacie po stronie zusolubów i adwokatów rządowej dereformy, który rozpostarł przed przyszłym emerytem obraz niczym nie zmąconej, radosnej i bezpiecznej przyszłości finansowej na stare lata. Zgrabnym chwytem retorycznym poniżej pasa Rostowski przedstawił wyliczenie, z którego dobitnie wynika, że nasz system emerytalny, dzięki zasadzie zdefiniowanej składki, będzie się zawsze i wszędzie świetnie bilansować, poza sytuacją, gdyby w Polsce mieli żyć wyłącznie emeryci. W istocie, system ten będzie się zawsze bilansować z punktu widzenia finansów publicznych, nie jest to żadne odkrycie. Podobnie jak i to, że z punktu widzenia finansów państwa OFE rzeczywiście nie są do niczego potrzebne. Tylko niewiele dobrego z tego wynika dla przyszłego emeryta.


Żaden z wywodów wysoko postawionego zusoluba nie zmienia po pierwsze następującego faktu. Na „kontach”, „subkontach” i ewentualnych przyszłych innych „ontach” w ZUS gromadzone są deklaracje, obietnice i piękne miny polityków, podobnie prawdomównych jak ci, których obserwujemy współcześnie i będziemy obserwować za 5, 10, 30 lat. W OFE gromadzone są zaś papiery wartościowe. Owszem, część z nich to obligacje państwa, których spłata zależy od polityków. Przy czym jest istotna różnica co do wiarygodności pomiędzy zobowiązaniem w postaci obligacji skarbu państwa (ewentualna odmowa ich wykupu pociąga natychmiast katastrofalne skutki dla finansów całego państwa i żadne, chyba że jest całkowitym bankrutem, sobie na to nie pozwoli) a w postaci „punktów” na „oncie” w perpetualnie dziurawym systemie komputerowym państwowego zakładu. Z tych zobowiązań każdy przyszły rząd może się częściowo wycofać, ryzykując „tylko” polityczną awanturę, którą może uspokajać PRem, autorytetem posiadanych na pensji doradców czy transmisjami w mediach „publicznych”.


Po drugie, zaufanie zusolubnego ministra w bilansowanie się I filara niezależnie od katastrof demograficznych obarczone jest błędem, często pojawiającym się w czasie zabaw z modelami teoretycznymi. Otóż w przypadku pogarszającej się struktury demograficznej państwa będą rosnąć jego finansowe zobowiązania socjalne i koszty publicznej służby zdrowia; przy niższej aktywności zawodowej populacji niższy będzie PKB, którego wysokość ma na system I filara bezpośredni wpływ. W tej sytuacji rząd będzie musiał podnieść podatki lub składki. Jeśli zaś nie będzie tego chciał uczynić w obawie przed skutkami makroekonomicznymi, będzie mógł – podobnie jak rząd dzisiejszy – zmienić zasady w systemie emerytalnym, np. związane z przeliczaniem „punktów” na konkretne pieniądze. Nie ma żadnych mocnych gwarancji, że tak nie będzie. Wszystkie wyliczenia o bilansowaniu się ZUS okażą się wówczas mało istotne. OFE jest więc potrzebne, nie tylko jako sposób na zwiększenie kapitału emerytalnego w oparciu o założenie możliwości uzyskania większej stopy zwrotu na rynkach finansowych w dłuższej perspektywie inwestowania, ale także jako sposób na dywersyfikację źródeł utrzymania na starość w świecie, gdzie poziom zaufania wobec aktorów życia publicznego jest niski i będzie zapewne nadal spadać.


Po trzecie i najważniejsze, w swojej kuszącej, acz manipulatorskiej argumentacji, Rostowski skupia się na bilansowaniu systemu, a całkowicie pomija stopę zastąpienia. Owszem dzięki szybkiemu wzrostowi płac, nawet przy złej demografii, zbilansuje się system. Jednak im większa będzie w okresie aktywności zawodowej obywatela dynamika płacowa, tym niższa będzie jego emerytura w odniesieniu do ostatniej pensji. System I filara w wyliczeniu ministra zbilansuje się pod warunkiem przyjęcia stopy zastąpienia na poziomie 25%, czyli 1/4 ostatniej płacy. Tego w toku rozumowania Rostowskiego nie widać. W istocie, wysokość emerytury delikwenta może będzie wydawać się atrakcyjna z punktu widzenia wysokości jego płacy 20 lat przed przejściem na nią, lecz w żadnym wypadku nie z punktu widzenia wysokości płac w momencie zakończenia pracy, a co za tym idzie, nie z punktu widzenia poziomu cen i siły nabywczej tego świadczenia. Emerytura w zbilansowanym systemie I filara w warunkach złej demografii będzie nędzna i to jest oferta Jacka Rostowskiego dla Polek i Polaków, którzy dziś mają po 20, 30 czy 45 lat. Jedynym sposobem, aby było inaczej, będzie znaczące podniesienie składki emerytalnej, a więc parapodatku, o czym Rostowski milczy. W stosowanej przez niego analogii o zraszaniu wodą (pieniądze ze składek) ogrodu (emeryci) i beczce, w której magazynuje się część wody (OFE), w efekcie czego jest jej za mało „tu i teraz” i trzeba jej dopożyczać (dług), nieprawdziwe jest więc założenie, że zapas z beczki nie będzie ogrodowi w przyszłości potrzebny. Gdyby go odjąć, co postuluje, to dostępna wtedy ilość wody będzie za mała i kwiatki Rostowskiego (emeryci za 20, 30, 40 lat) rychło uschną, gdyż dużo gorsza będzie gleba (zmiany demograficzne).


Wielbiciel ZUS w ławach rządowych ma rację co do zasadniczej szkodliwości inwestowania przez OFE części środków w obligacje. Powtarzam jednak po raz kolejny, że OFE czynią to w nadmiarze, gdyż zmusza je do tego ustawa. Została ona tak skonstruowana zapewne dlatego, że poprzednicy Rostowskiego w roli polskich polityków sfiksowanych na „tu i teraz” chcieli skarbowi państwa zapewnić rynek zbytu na pewną ilość papierów dłużnych na wypadek, gdyby podmioty na całkowicie wolnym rynku finansowym – prawnie do zakupu polskich obligacji nie obligowane jak OFE – miały się ewentualnie na nie „wypiąć” i spowodować wzrost ich oprocentowania. Te kalkulacje okazują się dziś niezbyt mądre i jest to jedyna sensowna konkluzja z wywodu Lorda Vadera polskiej sceny politycznej. Zamiast jednak pozbawiać OFE większości środków (a raczej pozbawiać tych środków obywateli), należy zmienić ten zapis ustawy i dać OFE (a raczej ich klientom) wolną rękę w zakresie doboru składników portfela inwestycyjnego na indywidualnym koncie. Swoboda ta winna obejmować także zagraniczne papiery, w tym obligacje.


I raz jeszcze. To zobowiązania ZUS generują dług. Do OFE idą środki z na bieżąco pobieranych, wypracowywanych przez obywateli składek. Aby więc dług zredukować, należy zmniejszyć koszty ZUS. Podnieść wiek emerytalny. Zlikwidować przywileje emerytalne. Zmienić KRUS i objąć obowiązkami podatkowo-składkowymi rolników od sensownie określonego pułapu ich dochodów. O tym nie ma ani słowa w artykule Jacka Rostowskiego i to jest wprost przerażające, gdyż sugeruje, że nie jest to w planach tej ekipy rządowej, ani teraz, ani w latach 2012-15. Strategia „narodowych championów” w biznesie J.K. Bieleckiego ogranicza przy tym znacząco szanse na zwiększenie dochodów z prywatyzacji. Zryw ministra Aleksandra Grada z ostatnich lat to był chyba łabędzi śpiew w tym zakresie.


Takie są fakty: bez II, a także i III filaru, emerytura Polki i Polaka będzie bardzo niska. Żadne zgrabne mydlenie oczu w świetnie napisanych artykułach tego nie zmieni. Postawy liberalnych krytyków wobec rządowej dereformy nie zmieni także próba pacyfikacji poprzez wdzięczenie się w postaci dwukrotnego wymienienia przez ministra w tekście nazwy „Liberté!”, jako źródła wywiadu z prof. Markiem Górą, w którym minister szukał argumentów. Tak, publikujemy świetne wywiady i niezłe teksty i będziemy to nadal robić, zachęcając wyborców do wystawienia temu rządowi i temu premierowi uczciwego rachunku za rządy od 2007 roku. Z ujęciem wszystkich „za” i bardziej licznych „przeciw”.


Dla liberalnego wyborcy obecny konflikt w PO oznacza niespodziewane otwarcie nowego pola możliwości. Osłabienie wyniku Donalda Tuska nie oznacza pomagania PiS, te czasy minęły. Oznacza sugestię dla partii rządzącej, że drogę do swojego pierwotnego programu może odnaleźć odsuwając na bok, na jakiś czas, premiera Tuska, doradcę Bieleckiego i – w tym przypadku raczej na zawsze – ministra Rostowskiego. Drogą ku bardziej liberalnej, odważniejszej i nastawionej na dłuższą perspektywę rozwoju polityki może być wymiana koalicjanta z PSL na… PJN. Z tego wynikać może ciekawa strategia wyborcza dla Polaka-liberała w 2011 roku.

Czytaj również