Tory Exit

Drukuj

Rozgrywającymi w tej stawce są realnie dwie figury, dwaj torysi – David Cameron i Boris Johnson. To formalnie partyjni koledzy, w rzeczywistości zagorzali konkurenci i wrogowie, którzy z chęcią stanęli w tej kampanii na czele przeciwnych obozów. Wszystkie inne instancje grają role drugoplanowe.

Jutro w Wielkiej Brytanii odbędzie się referendum w sprawie tzw. Brexitu, czyli opuszczenia przez ten kraj Unii Europejskiej. Wynik jest trudny do przewidzenia, a w ostatnich dwóch tygodniach widoczne były dwa przeciwstawne trendy o równie silnej dynamice. Ostatni wskazuje na odrzucenie Brexitu przez Brytyjczyków, ale nie sposób przesądzać, czy w ostatnich godzinach przed głosowaniem nie uruchomią się inne procesy wpływające na wynik.

Wyjście jednego z trzech najważniejszych krajów ze Wspólnoty byłoby zdarzeniem o negatywnych skutkach zarówno dla niego, jak i dla wszystkich członków UE oraz istotnych aktorów międzynarodowej sceny polityczno-gospodarczej. Przede wszystkim byłoby ono potencjalnie aktem zwrotnym, zatrzymującym procesy integracyjne w Europie na rzecz trendów dekompozycyjnych. W takim scenariuszu na nowo podzielona Europa straciłaby (każde z jej państw, nawet Niemcy) jakiekolwiek istotne znaczenie polityczne w zglobalizowanym świecie, wzrosłoby prawdopodobieństwo eskalacji konfliktów narodowych na kontynencie, zaś ich zwycięzcą byłaby Rosja, która pomimo borykania się z  własnymi procesami redukcji potencjału, otrzymałaby od losu dar w postaci ok. 30-50 lat relatywnej dominacji nad wieloma malutkimi państwami i znaczną częścią Europy, uzależnionej od jej dostaw energetycznych i infiltracji politycznej. W grupie tych państwa znalazłaby się najpewniej Polska.

Dlatego uniknięcie fatalnego sygnału, jakim mógłby stać się Brexit, jest bardzo ważne. Dzień przed rozpoczęciem głosowania, którego wynik stoi na ostrzu noża, trzeba zapytać dlaczego tego rodzaju ryzyko zostało w ogóle powzięte. Niestety, odpowiedź jest zaskakująco przyziemna i obnaża wszelkie deficyty populistycznej demokracji w dobie kreowania poglądów obywateli za pomocą memów, nagłówków tabloidowych i internetowej paplaniny. Referendum o Brexicie odbywa się, ponieważ jest ono w interesie brytyjskiej Partii Konserwatywnej.

Rozgrywającymi w tej stawce są realnie dwie figury, dwaj torysi – David Cameron i Boris Johnson. To formalnie partyjni koledzy, w rzeczywistości zagorzali konkurenci i wrogowie, którzy z chęcią stanęli w tej kampanii na czele przeciwnych obozów. Wszystkie inne instancje grają role drugoplanowe, zarówno hamletyzujący lider Partii Pracy, jak i osłabieni Liberalni Demokraci, angażująca się niedawno w rozbicie innej, brytyjskiej Unii, Szkocka Partia Narodowa, a nawet błaznujący tradycyjnie Nigel Farage z Ukip. Dla Camerona i Johnsona referendum, które ściąga na ich kraj, a przy okazji na całą Europę, poważne niebezpieczeństwo destabilizacji politycznej, jest po prostu narzędziem realizacji celów partyjnych i osobistych.

Jednak to „j’accuse” nie powinno być skierowane wobec obu z tym samym naciskiem. Owszem, Cameron wyszedł od czysto taktycznej analizy. Miał przed sobą perspektywę rządów z niestabilnym zapleczem parlamentarnym, które mogło go po 12 miesiącach na 10 Downing Street wysadzić z siodła, grzebiąc marzenia o długim, udanym premierostwie. W pierwszej kadencji dostał od losu prezent w postaci konieczności stworzenia koalicji z Liberalnymi Demokratami i koncesjami wobec ich proeuropejskiej linii mógł się tłumaczyć przed antyunijnymi torysowskimi backbencherami w Izbie Gmin. Jednak w drugiej kadencji, wobec własnej, samodzielnej większości, ta opcja zniknęła. Nie chcąc z jednej strony własnej klęski, z drugiej zaś klęski partii, której groził historyczny podział wzdłuż tej rozbieżności poglądów, postanowił wdrożyć strategię zorientowaną na utrzymanie frakcji antyeuropejskiej w partii. Obiecał referendum i osłabienie zobowiązań Londynu wobec UE. Drugi z tych celów osiągnął w zakresie bardzo ograniczonym, zapewne wyobrażał sobie bardziej spektakularne zmiany i łatwo wygrane referendum. Życie potoczyło się inaczej, co było właściwie nietrudne do przewidzenia. Dziś Cameron może wygrać co najwyżej o włos. Może też przejść do historii (Brexit powinien oznaczać jego nieodległą dymisję) jako gamoń, który się całkowicie przeliczył i w imię partyjnych interesów wyprowadził kraj z Unii.

Ale Camerona nie należy całkowicie potępiać. Obok interesów wynikających z jego własnych marzeń o karierze i partyjnym przywództwie, referendum miało odegrać także rolę narzędzia powstrzymania wzrostu nastrojów antyunijnych. Cameron miał podstawy obawiać się, że odmowa jego przeprowadzenia spowoduje z czasem, w dobie kryzysów gospodarczych i społecznych, wzrost liczby zwolenników Brexitu z 40-50% do np. 80%. Wówczas byłoby za późno na jakiekolwiek działania. Referendum pozbawia brexitowców argumentu, iż nie są słuchani, iż są marginalizowani przez mainstream. Są słuchani, dostali szansę realizacji swojego zasadniczego postulatu. Jeśli nie uzyskają większości, cała ich narracja straci siłę uderzeniową na czas co najmniej 1 pokolenia. W tym sensie, jeśli Remain pokona jutro Leave, referendum okaże się narzędziem utrzymania Wielkiej Brytanii w UE w średniej, a może i nawet całkiem długiej perspektywie. Poza tym, wynik ten podetnie skrzydła Ukip, partii nie tylko antyunijnej, ale także zahaczającej co rusz o treści typowe dla skrajnej prawicy. Jej osłabienie będzie zatem nie tylko wyborczo korzystne dla torysów, ale także dla stabilności demokratyczno-liberalnego systemu politycznego w Wielkiej Brytanii.

Co innego Boris Johnson. Ten polityk traktuje kampanię, referendum i Brexit w kategoriach wyłącznie utylitarnych, a jego celem jest zajęcie stanowiska premiera. Za wszelką cenę. Jego maniera i brawurowa strategia polityczna czynią z niego kolejnego, jakże typowego dla współczesnej polityki clowna, który dla władzy nie cofnie się przed niczym głupim, szkodliwym i nieobliczalnym. Chce Brexitu głównie po to, aby osłabić Camerona i zająć jego miejsce, jako szef torysów i premier. Dziś Cameron, autor niespodziewanego, największego od 1992 r., zwycięstwa wyborczego torysów w ostatnich wyborach, posiada w partii – pomimo ostrych podziałów w związku z referendum i pomimo jego klarownego zaangażowania na rzecz Remain – znaczny mir. Wiadomo przy tym co prawda, że nie planuje kolejnej kadencji w roli szefa rządu, ale gdyby wyszedł z referendum zwycięsko, zachował kraj w Unii, a partię torysów w jednym kawałku, to jego następcą zostałby wybrany najpewniej namaszczony przezeń kandydat (George Osborne?). Zapewne więc nie Johnson. Dlatego były burmistrz Londynu chce Brexitu. Po to, aby Camerona w partii osłabić, rozbić jego struktury poparcia i wziąć władzę. To pobudki niskie i całkowicie egoistyczne.

Ale to obywatele zdecydują o losie swojego kraju, położeniu Europy i przyszłości obu panów. Trzymajmy kciuki za mądre decyzje.

Czytaj również