Trzymam kciuki za Romneya klęskę

Drukuj

Zawsze ciekawą, bo rzadką, jest sytuacja, gdy odkrywa się tekst osoby, z którą niemal zawsze się zgadzamy, a który ten jeden raz prowokuje do energicznego kręcenia głową w geście zaprzeczenia. Móc polemizować z kimś o podobnych poglądach to sytuacja bezcenna, ponieważ dyskusja nie ogranicza się do rytualnej w zasadzie wymiany stale wałkowanych frazesów w rodzaju „zdrada narodowa” czy „kapitalistyczni krwiopijcy”. Dlatego z największą przyjemnością podejmuję polemikę z tekstem Błażeja Lenkowskiego, w którym deklaruje on swoje poparcie dla kandydatury Mitta Romneya na prezydenta USA.

Moje veto jest oczywiste. Popieram bowiem ponowny wybór Baracka Obamy na prezydenta Ameryki, a skoro tak, to trudno mi z Błażejem nie polemizować. Przechodząc od tego ogółu do szczegółu, wolno będzie mi chyba zauważyć, że argumenty na rzecz kandydata republikanów układają się w tekście Błażeja w dwie zasadnicze grupy: argumenty geopolityczne oraz ekonomiczne. Z pierwszymi będzie mi osobiście łatwiej dyskutować, nawet jeśli będzie to dla mnie mecz „na wyjeździe” (trudno, aby to co napiszę spodobało się większości polskich czytelników), z drugimi trudniej, ponieważ w tym przedziale mój kolega redakcyjny ma bardzo dużo racji.

Zatem do aspektów geopolitycznych. Najistotniejsze wydają się tutaj dwa zarzuty sformułowane pod adresem prezydenta Obamy: 1. zaniedbuje i coraz bardziej ignoruje on region dawnych państw bloku socjalistycznego w Europie, w tym Polskę i jej sąsiedztwo, 2. jest nazbyt gotowy do ustępstw względem Rosji, przez co osłabia nadzieje na geopolityczną emancypację krajów tzw. bliskiego sąsiedztwa Rosji, takich jak np. Gruzja.
Pierwsza teza jest prawdziwa. Nieprawdziwa, w mojej ocenie, jest sugestia, iż pod rządami alternatywnego prezydenta republikańskiego byłoby inaczej. Już po wejściu do NATO w 1999 r. Polska, a za nią inne kraje Europy Środkowej, znikłyby z listy priorytetów Waszyngtonu. Tyle że w 2001 r. ogłoszona została „wojna z terroryzmem” i ówczesny prezydent USA (którego nazwiska w swoich tekstach nie wymieniam), ku swemu własnemu zaskoczeniu, doszedł do wniosku (czytaj: mądrzejsi od niego doradcy doszli do tego wniosku i zapisali mu go w formie zdań prostych z krótkimi słowami), że Polska, a także Rumunia, Litwa czy Bułgaria są mu potrzebne w celach propagandowych. Mianowicie, aby jego sekretarz obrony mógł pleść bzdury o „starej Europie, nowej Europie” i wywierać nacisk na linię polityczną Niemiec i Francji, sugerować im, że jako sojusznicy Ameryki w Europie mogą z łatwością zostać zastąpieni, jeśli nie będą posłuszni Białemu Domowi. Oczywiście wymienione państwa przydały się także jako lokalizacje dla tajnych więzień CIA (żadna z „czarnych dziur” nie powstała jakoś pod Liverpoolem albo koło Malagi za Blaira i Aznara…), ale to już inna sprawa. Jak rozumiem, nie o taką motywację dla przykładania nam przez USA większej uwagi może chodzić. Jednak nie ma, obiektywnie patrząc, dziś już powodów, aby USA były nadmiernie aktywne w regionie Europy Środkowej. Waszyngton próbuje, choć to już zmierza ku końcowi, odgrywać jeszcze rolę strażaka światowych pożarów. U nas nic się już nie pali, więcej zainteresowania musi budzić Azja, a nawet Grecja i Portugalia z ich nowymi problemami. Brak zainteresowania ze strony USA to żaden afront, a raczej message w stylu „you did your job well, carry on on your own, because you are now able to”. Geopolityka całego świata uległa wyraźnym zmianom i personalia oraz partyjna przynależność prezydenta USA nie ma tu żadnego znaczenia. Aby było jasne, ewentualny prezydent Romney w latach 2013-17 absolutnie tu nic nie zmieni.

Druga teza jest częściowo prawdziwa. Nie jest prawdą, że krytyka pod adresem autorytaryzmu rosyjskiego ustała. „Reset” był konieczny po wzroście napięcia w wyniku wojny w Gruzji. Ewentualna eskalacja w stosunkach z Rosją byłaby bez sensu z kilku powodów. 1. Siła USA jako potęgi globalnej maleje, zaś poprzedni prezydent nadwyrężył te siły do granic możliwości, częściowo w sposób skrajnie bezsensowny (Irak). Ameryka nie ma więc obecnie potencjału, aby u granic Rosji rekrutować nowych członków NATO i realizować poprzez budowę swojej strefy wpływów tam scenariusz „drugiej zimnej wojny”. Zwłaszcza jeśli mowa o krajach, które mają problemy ze standardami liberalno-demokratycznymi, a Gruzja takie problemy ma. Podobnie jak dziś, niestety, także Ukraina. 2. Wzrost potęgi Chin to na dzień dzisiejszy dla polityki USA najważniejszy czynnik geopolityczny. W tym kontekście próba wciągnięcia Rosji w orbitę współpracy z Zachodem przeciwko chińskiej dynamice, która Rosji (na razie) bardziej zagraża niż USA i Europie ma sens. Oczywiście, skrajny optymizm, że w ten sposób Rosję zmienimy w modelowe państwo prawa jest naiwnością, ale nie znaczy to, że pryncypializm generujący strategiczny sojusz rosyjsko-chiński jest lepszą alternatywą. 3. W końcu, USA i siły NATO potrzebują wsparcia logistycznego w Afganistanie, którego udziela Rosja. To, że tak jest, to znów efekt polityki nie Obamy, ale jego republikańskiego poprzednika.

W zakresie relacji z Rosją polityka republikańskiego prezydenta byłaby rzeczywiście inna, ale raczej tylko na poziomie retorycznym. Chyba że nazywałby się Gingrich albo Santorum, wówczas byłaby inna pod każdym względem, przede wszystkim skrajnie idiotyczna.

Uzupełniając muszę dodać jeszcze taką myśl. Za zasadniczy błąd uważam formułowanie kategorycznych ocen na temat preferowanego wyniku wyborów w obcym kraju z punktu widzenia interesów Polski. Prawdziwie cenną jest jednak analiza, która stara się pominąć swój własny „punkt siedzenia” i koncentruje się na własnej ocenie tego, co będzie lepsze dla obywateli tegoż obcego kraju, ewentualnie całego świata.

Jeśli chodzi o ocenę polityki ekonomicznej Obamy, to z liberalnego punktu widzenia trudno się z krytyką nie zgodzić. Stosowana przez Biały Dom polityka walki z kryzysem w postaci stymulacji popytu za pomocą dodatkowych pakietów finansowych jest polityką lewicową i na pewno lepiej oceniam podejście preferowane przez współtworzone przez liberałów rządy w Berlinie, Londynie, Sztokholmie, a do niedawna także Hadze. Konsolidacja wydatków, bilansowanie budżetów, cięcia deficytów, redukcja zadłużenia, przejściowe przykręcenia kurka dla polityki socjalnej, to w obecnej sytuacji konieczność. Pytanie, na ile wykonalna w warunkach systemów demokratycznych, wykracza poza ramy tej polemiki, ale na pewno będziemy je sobie wielokrotnie zadawać w najbliższych miesiącach.

W odniesieniu do USA warto jednak przypomnieć sobie kilka faktów: 1. To administracja republikańska zainicjowała politykę walki z kryzysem za pomocą zastrzyków ze środków publicznych w 2008 r. Rodzi to, pomimo retoryki republikanów w Kongresie (gadka polityka opozycji w latach kryzysu nie jest funta kłaków warta), wątpliwość, czy ewentualna administracja Romneya rzeczywiście radykalnie zmieniłaby kurs polityki ekonomicznej. Zwłaszcza że Romney należy do polityków o raczej lewicowym dorobku w polityce gospodarczej z okresu gubernatorstwa w stanie Massachusetts. 2. Przede wszystkim, faktem jest, że stan budżetu federalnego odziedziczonego przez Obamę po swoim żałosnym poprzedniku był już fatalny, choć większość dwóch kadencji lat 2001-09 było czasem niezłej koniunktury gospodarczej. Pomimo tego nie wypracowywano wówczas nadwyżki budżetowej, generowano dług prowadząc ofensywną wojną z fałszywych pobudek, wprowadzono nadzwyczajne ulgi podatkowe dla najbogatszych, zagmatwano prawo podatkowe zamiast je upraszczać. W efekcie tego nadwyżka budżetowa z 2000 r. zamieniła się w największy notowany do tego momentu w historii USA deficyt w 2008 r., akurat u progu najpoważniejszego kryzysu gospodarki od ponad pół wieku. Kryzys ten zaś uderzył w ludzi utrzymujących państwo, a więc średniaków, bo dzięki polityce podatkowej republikanów najbogatsi płacą kilkanaście procent podatku (np. właśnie Romney), zaś wielkie koncerny (jak GE) płacą tyle, co nędzarze, a więc zero, pomimo zgoła innych niż nędzarze zysków rocznych. 3. Republikanie, w tym Romney, tak krytykujący Obamę za dalszy wzrost długu w latach kryzysu, są w tej krytyce mniej wiarygodni niż Marek Jurek zachwalający „Krytykę Polityczną”. Żądają konsolidacji i cięć, ale wolą doprowadzić poprzez machlojki w Kongresie kraj na skraj formalnego bankructwa, niż ustąpić i zgodzić się na cięcia także tam, gdzie nie spodoba się to ich bazowemu elektoratowi, a więc np. w budżecie obronnym, albo na oszczędności z uproszczenia ordynacji podatkowej, likwidacji ulg, zamknięcia luk w prawie. To klasyczne liberalne postulaty, ale republikanie są za liberalizmem gospodarczym tylko wtedy, gdy się to im opłaca przy wyborczych urnach. Mitt Romney, klasyczny przedstawiciel interesów wielkiego biznesu, nie rozwiąże żadnego z tych problemów.

Na koniec, trochę z innej beczki. Błażej Lenkowski chwali Romneya także za to, że należy do umiarkowanego skrzydła swojej partii i ufa, że dzięki temu do władzy i wpływów nie wrócą najbardziej konserwatywne i obskuranckie siły, które sterowały krajem w latach 2001-08. Nic bardziej mylnego. Romney jest wybrańcem republikańskiego establishmentu i trybikiem w partyjnej machinie (nie outsiderem idącym czasami „w poprzek” w rodzaju Johna McCaina). Częścią tej machiny są grupy nacisku związane ze skrajnymi grupami religijnymi, ewangelikami, „ponownie narodzonymi w Chrystusie”. Będzie się musiał wobec nich uwiarygodnić, zarówno dlatego, że jest centrowy, jak i dlatego, że jest mormonem, a także dlatego, że skrajnie konserwatywna, prowincjonalna i negująca zdrowy rozsądek Tea Party jest istotnym, najbardziej dynamicznym elementem republikańskiego elektoratu, bez poparcia którego żadem republikanin nie wygrywa dziś w USA wyborów. Przedstawiciela tego nurtu Romney wybierze zapewne jako kandydata na wiceprezydenta. A jakich kandydatów będzie nominował jako prezydent do sądów federalnych, a może nawet i w skład Sądu Najwyższego? Nietrudno odgadnąć. Ile jeszcze minie czasu, zanim upadnie wyrok Roe vs. Wade?

Za Romneyem oni wszyscy się przywloką: fanatycy religijni, wrogowie nauki, zwolennicy teorii spiskowych, lobbyści którzy za pieniądze negują zmiany klimatyczne, miłośnicy narzucania innym swojej moralności i stylu życia, homofobi, rasiści, obrońcy łatwego dostępu do automatycznej broni palnej za cenę istnień ludzkich (ostatnio pod Orlando), zwolennicy prowadzenia wojen i zabijania „wrogów Ameryki” dla zasady. Trzymając kciuki za Romneya trzeba się dwa razy upewnić, czy gdyby miało się rzeczywisty wpływ na wynik tych wyborów, można by było odpowiedzialnie życzyć sobie powrotu tych ludzi do władzy. Moja odpowiedź jest prosta. Nie można sobie tego życzyć. Niech więc Barack Obama pozostanie prezydentem USA przez kolejne 4 lata.

Czytaj również