W niedzielę bojkotujemy referendum

Drukuj

Polskie prawo ustanawia próg uzyskania przez referendum statusu wiążącego, na poziomie 50%. Bojkot głosowania jest zatem świadomym aktem obywatelskim i równoprawną z oddaniem głosu formą wpłynięcia na wynik.

W niedzielę zaserwowana zostanie nam gorzka strawa w postaci owoców paniki Bronisława Komorowskiego. Były już prezydent dzień po szokującej klęsce w I turze wyborów postanowił ratować turę II jakimś gambitem. Wybrał referendum w sprawie jedynego znanego światu postulatu (JOWy) trzeciego w wyborach kandydata, tak aby przyciągnąć jego wyborców. Wybrał zagranie fatalne. Dowodem na to była jego porażka w II turze, potem spektakularny spadek poparcia dla promotora JOWów z 26 do obecnie ok. 4%, a także spadek poparcia dla samych JOWów z prawie 70 do obecnie 41%. Bronisław Komorowski prezydentem już nie jest, co z innych powodów jest dla Polski złą wiadomością. Pozostaje referendum, z którym trzeba się nam teraz właściwie obejść. Z dwóch fundamentalnych powodów, należy je zbojkotować.

Zanim do nakreślenia tych powodów przejdę, podkreślić muszę jedną rzecz. Inaczej aniżeli w przypadku wyborów, gdzie absencja jest zawsze przejawem braku obywatelskiego zaangażowania w sprawy wspólne i dezercją przed obowiązkiem ponoszenia współodpowiedzialności za własny kraj, bojkot referendum nie jest w żadnym wypadku przejawem karygodnej pasywności. Polskie prawo ustanawia bowiem próg uzyskania przez referendum statusu wiążącego, na poziomie 50%. Bojkot głosowania jest zatem świadomym aktem obywatelskim i równoprawną z oddaniem głosu formą wpłynięcia na wynik. W sytuacji dużej mobilizacji mniejszości popierającej JOWy, która w referendum upatruje sobie pierwszej, historycznej szansy na zmianę ordynacji wyborczej, i w sytuacji braku mobilizacji po stronie większości, która JOWom jest przeciwna lub wykazuje brak zainteresowania tematem kształtu ordynacji, niemal pewnym jest, że w referendum więcej głosów padnie za JOWami niż przeciw nim. Wobec tego głosujący przeciwko, podnosząc frekwencję, niechcący działają na niekorzyść swoich własnych poglądów, ponieważ zwiększają prawdopodobieństwo uzyskania wyniku „tak” dla JOWów przy frekwencji powyżej 50%, którą współwygenerują. Skuteczną formą głosowania przeciwko JOWom jest zatem bojkot referendum, tak aby żaden jego wynik nie był wiążący w żadnym sensie tego słowa. Wówczas mamy pewność, że JOWy zablokowaliśmy, gdyż nie mają one poparcia odpowiedniej większości w parlamencie.

A teraz skupmy się na powodach uzasadniających bojkot. Pierwszym z nich jest potrzeba odrzucenia JOWów, które są formą ordynacji wyborczej, mającą kolosalną liczbę wad w sposób fundamentalny naruszających sens funkcjonowania demokracji jako metody wyłaniania rządu, a tylko dwie czytelne zalety. O jednych i drugich pisałem kilka lat temu, gdy debata o JOWach była w Polsce w powijakach – http://liberte.pl/proporcjonalna-czyli-liberalna/. Można sięgnąć do tego tekstu, w których tylko nieliczne dane z brytyjskiej rzeczywistości politycznej się zdezaktualizowały, ale nie krytyka JOWów. W tym miejscu krótko wspomnę tylko o najważniejszej, dyskwalifikującej wadzie tej ordynacji. Głosowanie w JOWach nie zapewnia, iż skład parlamentu będzie odzwierciedlać poglądy i wolę społeczeństwa. Oznacza to, że taka ordynacja nie wypełnia podstawowej funkcji, jaką wybory w demokracji pełnić muszą. Wprowadza nierówność pomiędzy wyborcami, ponieważ jednym (zwolennikom dwóch dużych partii) daje wielki wpływ na reprezentację, a co za tym idzie na kształtowanie kierunku rządów w państwie, zaś drugich (zwolenników wszystkich innych partii) tych wpływów niemal całkowicie pozbawia. Oznacza to, że władza ustawodawcza, zbiorowe ciało w postaci parlamentu, chronicznie reprezentuje tylko część społeczeństwa, w praktyce pozbawiając reszty statusu suwerena, zaś władza wykonawcza rekrutuje się z jednej partii, która choć nie ma poparcia większości obywateli, to może wszystkim im narzucać własny program, nieosłabiony kompromisami koalicyjnymi z partiami mniejszymi, pełniącymi cenną rolę koncyliacyjnego korektywu. W miejsce demokracji wchodzi loteria. Wobec niezdolności JOWów do spełnienia podstawowego wymogu demokracji bledną dwie zalety tej ordynacji wyborczej: zmiana relacji pomiędzy liderami środowisk lokalnych a liderami partyjnymi oraz łatwość rozumienia mechanizmów wyboru posła w JOWie. Wybory w demokracji są po to, aby jak najprecyzyjniej odzwierciedlić wolę suwerena w procesie wyłaniania ludzi sprawujących władzę. Nie są natomiast po to, aby reformować partie i uczłowieczać relacje pomiędzy politykami. Nie są też po to, aby symplifikować procesy polityczne do poziomu lekcji WOS w gimnazjum. Zresztą w polskich warunkach szybko okazałoby się, że po wprowadzeniu JOWów mamy: 1. jeszcze większe zawłaszczenie polityki przez PiS i PO, 2. pęknięcie kraju na dwie Polski po linii granic dawnych zaborów, 3. zawód co do zmiany relacji w partiach, bo lider partii tak jak kiedyś układał listy wyborcze, tak teraz decyduje jednoosobowo o obsadzie 460 okręgów wyborczych, 4. seryjne klęski bezpartyjnych kandydatów na posłów nawet o wielkich nazwiskach i uznanym autorytecie, o ile nie dostali wsparcia PiS lub PO w postaci wycofania kandydata w ich okręgu (co w pewnym stopniu i tak już czyniłoby ich kandydatami partyjnymi), 5. ewentualne zjawisko posłów-Stokłosów, czyli szemranych jegomościów z lokalnych klik, którzy jako jedyni mogliby zaistnieć w Sejmie obok PiS i PO dzięki zasypaniu okręgu pieniędzmi niepewnego pochodzenia, w postaci plakatów, gazetek oraz festynów z kiełbaskami, piwem i wyborami miss mokrego podkoszulka, 6. wyborców głośno narzekających, że nie rozumieją jednak wyborów także w JOWach, bo nie pojmują jak partia, która poparli wraz z 18% Polaków nie zdobyła ani jednego mandatu poselskiego.

JOWy to ordynacja, która zyskuje poparcie tych, którzy w polityce chcą łatwych rozwiązań. To ci sami ludzie, którzy popierają politycznych ignorantów i analfabetów, szermujących w dyskusji o polityce rodzinnej, rynku pracy, polityce międzynarodowej, rozwoju oświaty, systemie podatkowym czy reformie emerytur zawsze tylko jednym i tym samym argumentem, czyli: „Czas pogonić tę złodziejską hołotę, która dorwała się do koryta”. Obiecują dopuścić do koryta „ludzi”, ale nie dodają, że z czasem u wejścia zrobią swoją selekcję.

Drugim powodem konieczności bojkotu niedzielnego referendum o JOWach jest problem konstytucyjny, jaki jego ogłoszenie spowodowało. Stosowanie w wyborach do Sejmu ordynacji proporcjonalnej jest zapisane w naszej ustawie zasadniczej wprost. Oznacza to oczywiście, że JOWów nie można wprowadzić bez wcześniejszej zmiany konstytucji. Aby zmienić konstytucję absolutnie koniecznym jest poparcie takiej zmiany przez kwalifikowaną większość posłów, którzy cieszą się wolnym mandatem. To ostatnie oznacza, że w głosowaniach w Sejmie nie mogą wiązać ich instrukcje wyborców. Z tego powodu sens przeprowadzania referendów jest wtedy, jeśli dana zmiana konstytucji już uprzednio uzyskała poparcie wystarczającej większości w parlamencie. Jeśli jest ona ustrojowo doniosła (a zmiana ordynacji do Sejmu chyba taka jest), to dobrym pomysłem jest, aby parlamentarzyści uzależnili wejście w życie zmiany od wyniku takiego referendum. Jednak tutaj proponuje się nam kolejność odwrotną, co jest absurdem. Najpierw mielibyśmy poprzeć w referendum zmianę wymagającą korekty konstytucji, a potem… Właśnie, co potem? Jeśli zagłosuje ponad 50% obywateli i większość z nich poprze JOWy, to formalnie jest to wiążący wynik referendum. Wynik wiążący winien zmusić władze państwa do działań w kierunku implementacji woli suwerena, czyli obywateli. Jednak nie ma żadnego legalnego mechanizmu, aby zmusić 2/3 posłów do poparcia zmiany w konstytucji w głosowaniu. Ich mandat jest wolny i mogą tego odmówić, także przy takim wyniku referendum. Cóż to wtedy będzie? Wiążące referendum, ale niemające żadnego realnego znaczenia? Oburzenie zwolenników JOW przy takim obrocie spraw będę w stanie zrozumieć, bo będzie to nosiło wszelkie znamiona „olania” wyborców przez polityków.

Aby uchronić kraj przed chaosem interpretacyjnym na konstytucyjnej płaszczyźnie, aby uniknąć ewentualnej rewitalizacji umierającego obecnie na naszych oczach ruchu Kukiza (którego rewitalizacja oznaczałaby – to wiemy po publikacji jego list wyborczych – wejście do Sejmu działaczy Ruchu Narodowego, a więc ludzi o skrajnie prawicowych, szowinistycznych, ksenofobicznych i faszyzujących poglądach, którzy z dumą określają się mianem „judeosceptyków”), należy spowodować, że po ogłoszeniu wyniku będzie jasność. Referendum nie osiągnie progu 50%, nie będzie na pewno wiążące (w żadnym tego słowa znaczeniu, bo jak się okazało, to słowo ma więcej niż jedno znaczenie…), a bardzo zła idea wprowadzenia w Polsce JOWów zostanie przez większość niegłosującą świadomie odrzucona, co w świetle przeprowadzenia referendum w tej sprawie, winno oznaczać odłożenie tego tematu ad acta na okres co najmniej jednego pokolenia.

Czytaj również