Widacki i egzemplifikacja

Drukuj

Przed niecałymi dwoma tygodniami zakończył się proces wytoczony jeszcze przez IV RP prof. Janowi Widackiemu. W ocenie speców od „układu” z tamtych lat, prof. Widacki był owego „układu” „egzemplifikacją”. Polityk, wpływowy i znany prawnik, z szerokimi kontaktami, z racji zawodu mecenasa, także w świecie będącym „na bakier” z prawem. W wywiadzie w ostatnim numerze pisma idei „Europa” Ludwik Dorn wspomina czasy rządu PiS i w sposób bardzo szczery (za co Dorna od czasu połowicznego chociaż zerwania z – jak sam to określił – dworem eunuchów sułtana warto pochwalić) mówi o potrzebie ujawnienia „układu” przez ówczesny gabinet za cenę uniknięcia delegitymizacji i w konsekwencji utraty władzy. Jeśli ktoś bowiem twierdził, że w Polsce jest „układ” i jest to dobrze widoczne i „oczywiste”, to przecież nie powinien po zdobyciu realnej władzy mieć kłopotu z jego zdemaskowaniem, prawda? Skoro zaś taki problem ma, to znaczy, że jego wiarygodność jest nieduża, a legitymizacja uzyskanej władzy, opierająca się w sporej mierze na przeprowadzeniu skutecznej walki z „układem”, jest wspomnieniem. Tak więc „układ” musiał się znaleźć.

http://www.flickr.com/photos/nowaccy/3976410863/sizes/m/in/photostream/

Jak wiemy, znaleźć udało się go realnie tylko w samym rządzie, który Jarosław Kaczyński obalił walcząc z „układem”, który sam stworzył. Można jednak założyć, że nie o taki „sukces” mu chodziło. Chodziło mu raczej o coś takiego, jak dorwanie takich ludzi jak prof. Widacki. Członek jednego ze znienawidzonych przez ludzi PiS środowisk w Polsce: znanych adwokatów. Politycznie powiązany zarówno trochę z lewicą, jak i z „różowymi” z dawnej Unii Demokratycznej. Znajomek gangsterów, co naraził się PiS przed komisją śledczą, gdy jego rozległa wiedza prawnicza utrudniła robienie medialnych harców przedwyborczych. W ten sposób, jak się okazało, rozumowali wtedy w Polsce nie tylko członkowie elit pisowskiej władzy, ale i różni kombinatorzy. Stało się to, co można było łatwo przewidzieć, gdyby miało się za grosz autokrytycyzmu i potrafiło wyjść poza zaślepienie antyukładową misją. Niejeden kombinator zamarzył o poprawie swojej sytuacji procesowej, albo po prostu swojej sytuacji w więzieniu, wykorzystując do tego najbardziej naiwną władzę, jaka się nadarzyła po 1989 r. (a pewnie i dłużej). Ręka rękę myje, dlatego pojawił się nagle wysyp historyjek, które łączyła jedna wspólna cecha: dla władzy PiS stanowiły okazję do „uwalenia” jakiegoś politycznego przeciwnika. Kombinatora za to, że kombinuje, trudno winić. Natomiast można winić teoretycznie odpowiedzialnego człowieka na stanowisku, który albo bezkrytycznie przyjmuje opowiastki kombinatora, albo wręcz świadom ich konfabulacyjnego charakteru postanawia je uwiarygodnić i wykorzystać.

Nie jest doprawdy już istotna lista zarzutów, sformułowanych przez IV RP wobec prof. Widackiego, z których to zarzutów został oczywiście całkowicie uniewinniony (jednakże po kilku latach występowania w roli oskarżonego, co miłe pewnie nie jest). Istotne jest to, że choć Widacki nie okazał się żadną „egzemplifikacją układu”, to jego sprawa okazała się, po niewczasie, „egzemplifikacją” całego patologicznego układu zależności, który wygenerowała chorobliwa konstrukcja IV RP. Twardzi szeryfowie, którzy lepiej od innych mieli walczyć ze złem, okazali się najbardziej podatnymi na manipulację narzędziami w gierkach zwyczajnych przestępców. Upośledzeni własną fiksacją i obsesjami stali się oczywistym zaprzeczeniem własnych deklaracji i wartości konserwatywnego „law&order”. Zawartą głęboko w logice tego nienaprawialnego systemu, opartego o pomówienie i arbitralność władzy, usterkę „wyezgemplifikował” prof. Jan Widacki, za co należna jest mu nasza wdzięczność. Doprawdy teraz jeszcze trudniej jest być jednocześnie człowiekiem z grubsza myślącym i popierającym twórców IV RP. Zwłaszcza, że niczego się oni nie nauczyli, co pokazuje najnowsze oskarżenie byłego szefa CBA pod adresem PO, oparte, a jakże, na opowiastce kolejnego przestępcy.

Czytaj również