Zdelegalizujmy judeosceptyków

Drukuj

Przedstawiony przez SLD i poparty przez Ruch Palikota zamysł, aby zdelegalizować MW i ONR, jest ze wszech miar słuszny. Nie jest to z liberalnego punktu widzenia stwierdzenie oczywiste. Tego rodzaju zakaz jest bowiem na pewno ograniczeniem wolności zrzeszania się obywateli, a także ograniczeniem wolności politycznej w sensie zawężenia pluralizmu poglądów politycznych i ideowych, dopuszczanych do udziału w debacie publicznej. W liberalizmie jedynym uprawnionym uzasadnieniem dla jakichkolwiek ograniczeń wolności jest zaś istnienie okoliczności, w której korzystanie przez jedne osoby z wolności stanowi ograniczenie wolności innych osób. W przypadku organizacji skrajnie prawicowych, umieszczających w centrum swojej „filozofii” światopoglądowej idee szowinistycznego nacjonalizmu, ksenofobii, antysemityzmu, rasizmu i homofobii, a równocześnie w swojej praktyce sięgających zarówno po symboliczne wzorce zachowań nawiązujące do tradycji zbrodniczych ruchów politycznych w historii Europy, jak i po prostu stosujących zwyczajną przemoc wobec osób wykluczanych przez nich ze wspólnoty narodowej oraz politycznych przeciwników, nadmieniona okoliczność zachodzi. Ograniczenie wolności i politycznego pluralizmu jest uzasadnione w kontekście liberalnym, jeśli osoby korzystające z wolności dokonują aktów fizycznej agresji wobec innych ludzi lub w publicznych wystąpieniach do nich nawołują i podżegają.

Wiec kończący w tym roku tzw. marsz niepodległości 11.11. w Warszawie był miejscem, na którym sformułowano jednoznacznie brzmiące wezwania do „obalenia” obowiązującego porządku konstytucyjnego w sposób nielegalny, a więc wychodzący poza normy regulujące tryb zmian w konstytucji. Dodatkowo obecni, co nie spotkało się z żadnym protestem lub dyscyplinującym komentarzem ze strony przemawiających przywódców, sugerowali w tym kontekście dokonanie samowolnych egzekucji przeciwników politycznych, co stanowi podżeganie do aktów przemocy oraz groźby karalne. Dodatkowo ideowy charakter MW i ONR wyczerpuje znamiona warunków delegalizacji organizacji politycznej, zawartych w art. 13 Konstytucji RP. Obie organizacje „odwołują się do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu [i] faszyzmu, (…) a także ich program zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa”.

Jeśli liderzy rzeczonych ugrupowań uważają, że jest inaczej, powinni pójść śladem niemieckiej partii skrajnie prawicowej NPD, która bezprecedensowo wystąpiła na drogę sądową, aby zbadać własną zgodność z konstytucją RFN. W niemieckiej ustawie zasadniczej, w art. 21, pkt. 2., za niezgodne z konstytucją uznano istnienie partii, które „przez wzgląd na swe cele lub na zachowanie swych zwolenników są zorientowane na ograniczenie lub zlikwidowanie demokratycznego porządku podstawowego [państwa] lub zagrażają trwaniu Republiki Federalnej Niemiec”.

Gdyby w Konstytucji RP znajdował się zapis współbrzmiący z artykułem niemieckim, MW i ONR nie miałyby żadnych szans na uniknięcie delegalizacji, ponieważ ich liderzy dobrowolnie i publicznie przyznali, że ich cele są właśnie takie, jakie za okoliczność niedopuszczalną definiuje zapis niemiecki. Zapis polski jest mniej udany, ponieważ koncentruje się na charakterze ideowym samych ugrupowań, a nie na konsekwencjach i celach ich aktywności. W efekcie, w Polsce łatwiejsze jest zdelegalizowanie zupełnie nic nieznaczących grupek politycznego folkloru, które nawiązując do totalitarnych ideologii nie mają, ani nawet realnie nie dążą do posiadania jakiekolwiek wpływu na losy państwa, natomiast trudniejsze jest zdelegalizowanie rosnących w siłę ugrupowań, które cele takie otwarcie deklarują, ale maskują i nadają niejednoznaczny charakter swoje związkom z totalitarnymi ideami, zaś aktów przemocy dokonują w sposób skryty.

Pomimo tych niedoskonałości także zapisy polskiej konstytucji pozwalają na delegalizację MW i ONR i podjęcie takiej próby na sens. Żadnego sensu nie ma zaś fatalna postawa niektórych polityków konserwatywnych, należących do demokratycznego mainstreamu. Podczas gdy w Niemczech nie ma zasadniczych różnic co do oceny środowisk skrajnych przez czy to CDU/CSU, czy to SPD, tak w Polsce niestety odnotowuje się absurdalną, samobójczą i będącą pokłosiem historycznej ignorancji lub znieczulicy tendencję niektórych konserwatystów do pewnej obrony takich grup jak MW i ONR, a nawet wykazywania wobec nich pewnych wyrazów sympatii.

Jako całkowicie niedopuszczalne należy uznać takie wystąpienia jak ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina, który nie tylko sprzeciwia się wnioskowi o delegalizację skrajnej prawicy, której sympatycy także i jego planują „powiesić”, ale nawet sugeruje w tym kontekście istnienie symetrii pomiędzy MW/ONR a wnioskodawcami z SLD. Nie jestem i nigdy nie byłem zwolennikiem SLD. Zgadzam się z tym, że jest to kontynuatorka PZPR, a więc reżimowej partii w totalitarnej, a później autorytarnej Polsce „realnego socjalizmu”. Zestawienie jednak SLD z judeosceptykami w 2012 roku jest przejawem problemów z korzystaniem z rozumu. SLD nie odwołuje się do idei komunizmu, ani do jego „metod i praktyk działania”, nie dopuszcza też absolutnie stosowania przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę. Jego starsi liderzy są w gruncie rzeczy jak Roman Giertych, który także przeszedł ewolucję z manowców politycznego ekstremizmu ku poglądom mieszczącym się w szeroko pojętym konsensusie demokratycznym. Stawiając SLD z MW/ONR na jednej płaszczyźnie, Gowin w sposób niebezpieczny dla Polski nadaje tym drugim wizerunek normalnych uczestników pluralistycznej debaty publicznej, którymi jednakowoż nie są ze względu na gotowość do stosowania przemocy. Jarosław Gowin szkodzi Polsce nie po raz pierwszy. Czas najwyższy, aby względem tego polityka zostały wyciągnięte najsurowsze konsekwencje.

Czytaj również